Wątpliwości i decyzje dotyczące akcji protestacyjnej w roku 2007,  omawiane w czasie posiedzenia ZK OZZL w dniu 26 stycznia 2007r.

 

 

 

 

 

 

Czy jest bezwzględny obowiązek tworzenia Regionalnych Zespołów Negocjacyjnych ?.

 

 

Wielu uczestników prowadzonych już sporów zwraca uwagę, że nie potrzebuje żadnej pomocy z zewnątrz i dobrze radzi sobie w negocjacjach ze swoim dyrektorem samodzielnie. Dodatkowo zwracano uwagę, że zespoły negocjacyjne na całe województwo byłyby b. obciążone pracą, co mogłoby przedłużyć znacznie negocjacje. Wniosek jest taki:

Nie ma obowiązku tworzenia  Regionalnych Zespołów Negocjacyjnych. Od organizacji terenowej OZZL będzie zależało czy zechce ona skorzystać z pomocy zewnętrznych negocjatorów czy nie. Najważniejsze jest, aby negocjacje i negocjacje z udziałem mediatora (mediacje) przeprowadzić sprawnie i aby osiągnąć gotowość strajkową przed 07 maja 2007r.

 

 

 

 

Czy tworzyć Fundusz Strajkowy ?  Kto ma tworzyć fundusz strajkowy? W jaki sposób tworzyć fundusz strajkowy?

 

 

Należy tworzyć fundusz strajkowy na wypadek zapowiadanego ogólnopolskiego strajku lekarzy. Fundusz powinien być tworzony przez wszystkie struktury OZZL. Organizacje Terenowe i Organizacje Regionalne powinny przeznaczyć na Fundusz Strajkowy odpowiednie kwoty ze swoich środków. Zarząd Krajowy OZZL wyodrębni odpowiednią kwotę ze środków ZK OZZL ( uchwałę o wielkości tej kwoty ZK podejmie, gdy znana będzie ostateczna ilość zakładów gotowych do strajku). ZK OZZL zapozna się również z możliwością założenia odrębnego konta przeznaczonego na wpłaty „z zewnątrz” na pomoc dla strajkujących lekarzy.

 

 

 

 

Czy można wykorzystać klauzulę „opt out” ( dobrowolne wyrażenie zgody na dyżurowanie przez lekarzy w wymiarze czasu dłuższym niż 10,5 godziny tygodniowo i 150 godzin rocznie) jako formę „akcji protestacyjnej”?

 

 

Zarząd Krajowy OZZL zaleca, aby – po wprowadzeniu klauzuli „opt out” – do ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, lekarze nie wyrażali – pochopnie - zgody na dyżurowanie. Wyrażenie zgody należy uzależnić od zgody dyrekcji od podniesienia wynagrodzenia do postulowanych poziomów lub od innych decyzji, które pozwolą na osiągnięcie przez lekarzy postulowanych wynagrodzeń. Należy skoordynować działania lekarzy w tym zakresie i działać w sposób zorganizowany – grupowy.

 

 

Zarząd Krajowy OZZL zaleca, aby lekarze występowali z pozwami o wynagrodzenie za dyżury pełnione w okresie od 01 maja 2004 roku ( termin wejścia Polski do UE) – jak za godziny nadliczbowe oraz o czas wolny. Odpowiedni wzór pozwu jest na stronie internetowej OZZL. Występowanie z pozwami do sądu zwiększy presję na dyrektorów i – dalej – na rządzących aby odpowiednio poważnie potraktowali sprawę wynagradzania lekarzy i finansowania opieki zdrowotnej jako całości. 

 

 

Zebrał: Krzysztof Bukiel – przewodniczący ZK OZZL 

 

          Oto co nam szykuje minister zdrowia (wraz z innymi)

 

Barbara Szeffer-Marcinkowska

 

 

            Pan Piecha przekonuje „maluczkich”, że jeśli zdecydują się „doubezpieczyć” za marne 120 PLN*) na rok, to będą mogli sobie do woli wybierać-przebierać wśród przeróżnych propozycji dot. polepszania indywidualnej opieki medycznej.  Właśnie jest w opracowaniu stosowna ustawa, która ponoć ma na celu poprawę warunków leczenia. Projektodawcy tłumaczą, że chodzi o to, aby chorzy, po wniesieniu dodatkowych opłat, mogli uzyskać prawo do bardziej luksusowych warunków pobytu w szpitalu. Np. można by wówczas leżeć na łóżku z mniej zniszczoną pościelą i w niezbyt „zagęszczonej” sali (a nie na szpitalnym korytarzu), mieć zapewnione lepsze wyżywienie, czulszą opiekę lekarsko-pielęgniarską, nawet telewizor czy radio do dyspozycji. O telefonie przy łóżku raczej się nie wspomina, bowiem
w sytuacji, gdy prawie każdy obywatel naszego kraju dysponuje własną „komórką”, chyba nie należy odbierać mu przyjemności demonstrowania coraz nowszych modeli tych osobistych „niezbędników”**).

            Gdyby więc – ku satysfakcji  pana wiceministra Piechy et comp. – tego rodzaju dodatkowe ubezpieczenia stały się faktem, wówczas pozostał by jeszcze do rozwiązania  maleńki problem: jak się dostać do wybranego szpitala i nie czekać w wielomiesięcznej nieraz kolejce na planowany zabieg. Niestety, tutaj natrafiamy na rafy nie do przebycia, bo gdyby pacjent, ubezpieczony dodatkowo na stosowną kwotę, zechciał ową kolejkę „po zdrowie” sobie skrócić, to według argumentacji przedstawicieli resortu, było by to równoznaczne
z pogwałceniem społecznych zasad równości w dostępie do leczenia. Już nam te umowne „zasady równości” naprawdę wychodzą bokiem, jednak nic na to nie można poradzić
i pozostaje szlaban na kwestie najważniejsze: można więc płacić, lecz nadal trzeba „solidarnie” czekać i tyle!   

            Jesteśmy zaskoczeni? Chyba nie, ponieważ mamy świadomość, że kolejne ekipy, działające w resorcie zdrowia, przeważnie demonstrowały coraz to głupsze pomysły,
a podejmowane decyzje  były wielce kontrowersyjne.  I tak oto, krok po kroku,  osiągnęliśmy ten beznadziejny status praesens.  Trudno przewidzieć kiedy to wszystko się zawali,  
jednak nie ma nadziei na jakieś sensowne rozwiązania, więc siedzimy niby na wulkanie. Niektórzy jeszcze próbują coś wywalczyć, inni uciekają z kraju, ale wielu z nas stać już tylko na rezygnację. Ostatecznie pozorną, doraźną ulgę mogą niekiedy przynieść takie gesty jak machnięcie ręką, uniesienie brwi, wzruszenie ramionami, ironiczny grymas, gorzki śmiech, pokazanie języka, czy co tam kto uzna za stosowne***).

            W perspektywie są również strajki. OZZL wystosował do lekarzy w Polsce następujący apel: 

      Zarząd Krajowy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy apeluje do medyków w całej Polsce o tworzenie organizacji terenowych związku w szpitalach
i przystępowanie do sporów zbiorowych z pracodawcami, zgodnie ze wzorem ustalonym przez OZZL.

 

      Związkowcy zapewniają, że udzielą pomocy wszystkim chętnym oraz, że ich intencją nie jest narażenie kogokolwiek z lekarzy czy też doprowadzanie lecznic do bankructwa.  
           
Tymczasem premier Jarosław Kaczyński, komentując ostatnie postulaty płacowe lekarzy i zapowiadaną przez nich na maj akcję protestacyjną powiedział, że na spełnienie ich żądań nie ma pieniędzy. Zdaniem szefa rządu, lekarze i pielęgniarki nie mają obecnie żadnego powodu do strajku, ponieważ w tym roku będą więcej zarabiać.         
(cyt. za IAR, PAP 17.01.2007).

            Z tego niezbicie wynika, że wszystko jest jak trzeba, zarobki, oraz warunki pracy mamy znakomite itp. itd. Samymi, choćby najbardziej logicznymi argumentami niczego nie uda się załatwić; natomiast wiadomo, że ci, którzy podejmowali ostrą, nieraz wręcz brutalną walkę, zawsze osiągali swoje. My nie jesteśmy górnikami, nie mamy kilofów, petard, ani nie potrafimy się posługiwać metodami siłowymi. Zatem nikogo nie przekonamy, że polska ochrona zdrowia wymaga natychmiastowych i mądrych działań. Skąd jednak brać tę mądrość czy skuteczność poczynań, skoro każdy następny minister okazuje się wart swego poprzednika? Gdy tylko taki ktoś przeistoczy się z lekarza w dygnitarza, który ma zagwarantowane wysokie pobory – natychmiast zaczyna lekceważyć swoją grupę zawodową, a następnie występuje przeciwko własnej korporacji. Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale czy na tę chorobę nie ma lekarstwa? Bo iż jest to choroba władzy – każdy widzi. 

            Jak doniosła w dn. 18.01.2007 r. „Gazeta Prawna”, w Polsce brakuje ponad 7,3 tys. lekarzy i pielęgniarek. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad raportem o wyjazdach lekarzy, pielęgniarek i położnych od momentu przystąpienia Polski do UE. Z danych zawartych
w raporcie wynika, że do połowy 2006 r. ponad 5 tys. lekarzy pobrało zaświadczenia
z okręgowych izb lekarskich, które potwierdzają ich prawo wykonywania zawodu. O podobne dokumenty wystąpiło również prawie 6 tys. pielęgniarek i położnych.

            Tymczasem rząd się cieszy, że spada u nas bezrobocie. Rachunek jest tragiczny, jednak             wniosków nikt nie wyciąga, bo po co?

                                                 ------------------------------  

*) Żadną miarą nie da się zrozumieć dlaczego wciąż funkcjonuje pojęcie nowych polskich złotych, skoro te „nowe” już się na tyle zestarzały, że są coraz mniej warte (podobnie jak „stare portfele” i starzy obywatele).

 

 

 

**) Znów wydziwiam, jednak nie potrafię zaakceptować określenia „komórka” dla podręcznego aparatu, który w różnych krajach różnie jest nazywany (jak choćby mobil czy handy itp.), lecz nigdy nie kojarzy się z podwórkowym składzikiem, ani z „komórkami do wynajęcia”, ani
z komórkami w sensie biologicznym, ani nawet z tą najmniejszą komórką społeczną, jaką ponoć jest (czy też była) rodzina.  Niestety,  u nas nie wynaleziono stosownej nazwy dla przenośnego telefonu, więc homonimy mnożą się jak króliki, natomiast polszczyzna ubożeje. Czasem gdy słyszę, jak ktoś dumnie oznajmia: „Mówię z komórki” – aż mnie korci, aby odpowiedzieć:
 „…a ja z mieszkania”.

 

 

 

***) Przestrzegam jedynie przed rysowaniem kółka na czole i graniem na nosie, gdyż takie gesty mogą być ocenione przez władzę jako wielce obraźliwe i wówczas będą ścigane sądownie.  Wszak mamy już dość bogate tradycje (sic!).

 

 

 

   Barbara Szeffer-Marcinkowska

 

 

Łódź, 21 stycznia 2007 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                             

 

                            Rozważania nieco naiwne

 

 Barbara Szeffer – Marcinkowska

             Od dłuższego już czasu, a ściśle – odkąd nasz lekarski stan podjął tę beznadziejną walkę o swoje prawa – zastanawiam się „gdzie jest pies pogrzebany”. Pewnie te moje zastanawiania i spekulacje są nieco księżycowe, ale skoro całe nasze obecne bytowanie też ma niewiele wspólnego z bytem realnym, to cóż szkodzi? Wszak nic (lub nic prawie) nie mamy do stracenia, a czy zdołamy coś zyskać, zależy głównie od przemyślanego współ-działania i determinacji. Przeto zachęcam wszystkich, którym nadal zależy na podniesieniu godności lekarskiej z pozycji leżącej do jakiego-takiego pionu, aby zechcieli wraz ze mną rozważyć następujące kwestie:

 A) czy naprawdę musimy akceptować permanentny stan ubezwłasnowolnienia naszego „wolnego” zawodu i czy nie należy bardziej zdecydowanie uprzytomnić ekipom rządzącym, że tak dłużej być nie może?

B) zastanówmy się, czy korporacje, które obecnie popadły w niełaskę administratorów
(a nawet niektórych własnych członków) istotnie są zbędne i powinny być stopniowo likwidowane lub przynajmniej mocno w swych uprawnieniach ograniczane, a jeśli tak, to dlaczego?

C) odkąd większość akcji protestacyjnych  (niezależnie od tego jaki „organ” im patronuje) okazują się nie dość skuteczne –  najwyższy czas, aby poszukać przyczyny tych niepowodzeń oraz zastanowić się,  czy nie istnieją bardziej zaradcze, radykalniejsze metody działania.

             Doskonale orientuję się, że dyskutowanie o tym wszystkim wyłącznie na łamach prasy medycznej, niczego nie zmieni, jednak aby móc wypracować jakieś wspólne stanowisko, niezbędne są debaty i narady najpierw we własnym gronie. Tymczasem wśród samych medyków nieraz poglądy bywają tak podzielone, że trudno o jednolity front. Jeżeli nie będziemy mówili jednym głosem i pozwolimy sobą manipulować, to możemy być pewni, że nikt się nie będzie z nami liczył i wszystko pozostanie po dawnemu, a nawet ulegnie dalszemu pogorszeniu. Decydenci potrafią zręcznie wykorzystywać słabość naszych struktur. Zatem do rzeczy, czyli:

ad A)

            Przykro to stwierdzić, ale chyba niektórym z nas niezbyt przeszkadza status wyrobnika, bowiem przez lata  jakoś się do tego przyzwyczaili, a co gorsza uwierzyli, że tak już musi być zawsze. Przecież wiadomo: lekarz powinien pracować jak maszyna i nie protestować, nawet jeśli jego zarobki pozostają na poziomie społecznego zasiłku. Gdyby natomiast zechciał do marnej pensji co-nieco sobie dorobić, to czemu nie – wolna wola!  Zawsze może wziąć jakieś dodatkowe dyżury, może otworzyć prywatną praktykę lub zatrudnić się w medycznej spółce, może też grać na giełdzie czy handlować lekami. To jego wybór i jego prywatny czas, którego wcale nie musi spędzać z rodziną, ani przeznaczać na dokształcanie, a tym bardziej na wypoczynek. Nikt inny by tak nie mógł, nie zechciał, oburzał się, ale wszak lekarz przywykł do tyrania ponad wszelką normę. Ostatecznie teraz ma również prawo wyjechać tam, gdzie godziny pracy są „po ludzku” regulowane, a płace bywają nawet dziesięciokrotnie wyższe, niż w Polsce. Niestety, choćby ów zatrudniony zagranicą „czasowy emigrant” opłacił wszelkie obligatoryjne podatki, to i tak, kiedy będzie wracał do kraju, rodzimy fiskus rzetelnie go „oskubie”, bo takie jest u nas PRAWO oraz SPRAWIEDLIWOŚĆ. Zresztą nasze społeczeństwo doskonale wie, że lekarzom świetnie się powodzi, a to przekonanie jeszcze utwierdzają nierzetelne, nieraz wręcz tendencyjne publikacje, o jakich wspominał w swym felietonie Ryszard Golański (PANACEUM nr 10 – 2006 str. 1). 

ad B i C)

            W czasach PRL-u, gdy rozwiązano izby lekarskie (1950 r.) i poddano nas wszechwładnemu panowaniu Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia (który to związek zrzeszał wszystkich zatrudnionych w lecznictwie, a nie tylko lekarzy, bowiem obowiązywała wtedy „urawniłowka”) usilnie zabiegaliśmy o przywrócenie praw lekarskiej korporacji. Okazało się to absolutnie nie do przebycia, aczkolwiek niektóre inne korporacje, jak na przykład izby adwokackie, miały się dość dobrze i nikt ich nie zamierzał likwidować. Wówczas, w rozmowach z władzami, powoływaliśmy się na te różnice, ale wtedy prawnicy dyskretnie poprosili, abyśmy nie używali takich argumentów, bo i tak nic dla siebie nie osiągniemy, natomiast im możemy skutecznie zaszkodzić. No, więc w tym układzie przyszło nam trwać aż do zmiany ustroju, po czym z wielkim zapałem zaczęliśmy „reanimować” nasz samorząd. Starsi koledzy, pamiętający jeszcze okres międzywojenny,  opowiadali nam, jak wielkim prestiżem szczyciły się dawne izby lekarskie i że przynależność do nich autentycznie nobilitowała członków. Wtedy lekarze byli ludźmi zamożnymi, a przy tym cieszyli się autentycznym szacunkiem społeczeństwa. Warunki pracy i płacy były bardzo dobre, więc nikt nie musiał urządzać strajków ani protestów; nie znano też pojęcia lekarskiego łapówkarstwa.

            Zdawało się, że powołany na nowo do życia (w 1989 r.) samorząd lekarski, nie tylko pomoże odbudować rangę zawodu, ale jednocześnie stanie się organem, z którym będą się liczyli przedstawiciele władz. Jak wiemy, wszystko poszło nie tak, jak powinno i oto dziś mamy to, co mamy: nadal żebrzemy o godne warunki bytu, a kolejne ekipy rządowe udają, że na lepsze nic nie można zmienić. Okazało się też, iż mimo inicjowania oraz aktywnego wspierania wszelkich akcji protestacyjnych, samorząd lekarski nie posiada uprawnień do negocjacji z pracodawcami, więc trzeba było tworzyć lekarskie związki zawodowe. Zresztą
i one niewiele były w stanie wynegocjować, a jeśli już, to nagle wyszło na jaw, że podwyżki musi otrzymać również administracja, która nie tylko w protestach czy strajkach białego personelu nie uczestniczyła, ale nieraz była im wręcz przeciwna. Czy to wszystko można pojąć? 
Chyba ktoś tu kogoś naprawdę „robi w konia”, bo przecież niemedyczni pracownicy nie należą ani do lekarskich związków zawodowych, ani tym bardziej do naszej korporacji.
Nie ulega wątpliwości, że jeśli płace są za niskie, to trzeba je podwyższyć, jednak skoro tylko personel medyczny walczył o swoje, niekiedy narażając się na bardzo przykre konsekwencje, to właśnie jemu te wynegocjowane podwyżki się należą. I tyle.

            Proponuję na początek podjąć temat co by było gdyby, choćby rozważania te miały być potraktowane przez realnie myślących – jako tak zwane pobożne życzenia. Jednak kto wie, czy kiedyś te życzenia nie dadzą się urzeczywistnić z korzyścią dla nas wszystkich.
A chodzi o to, aby nie rozpraszać ludzkiego potencjału, lecz go konsekwentnie scalać, konsolidować. Jest zastanawiające, że samorząd lekarski nie posiada uprawnień do podejmo-wania rozmów z rządem czy negocjacji z pracodawcami w kwestiach żywo dotyczących członków korporacji. Czy koniecznie do tego trzeba było organizować lekarskie związki zawodowe? Przecież, gdy się porównuje te i owe zapisy w statutach oraz ustawach – łatwo zauważyć w jak wielu punktach są one zbieżne*).

            Gdyby udało się formalnie zespolić siły izbowe ze związkowymi oraz ujednolicić uprawnienia, to z pewnością działania takiego organu były by znacznie bardziej skuteczne, niż dotychczasowe, no i moglibyśmy pozbyć się tego przedziwnego „dualizmu”. Jak bardzo jest on nienaturalny, możemy odczuć, śledząc wypowiedzi zarówno przywódców związko-wych, jak też przedstawicieli władz naszej korporacji. Jeżeli kiedyś, w złej przeszłości, izby lekarskie uznano za całkiem zbędne, natomiast związki zawodowe były potrzebne (chyba głównie do organizowania wycieczek, rozdzielania wczasów, czy też kartofli na zimę) to czy teraz nie warto korporacyjnych uprawnień poszerzyć? Przeprowadzenie stosownych zmian
w statucie i ustawach o izbach lekarskich jest możliwe, a wówczas, nawet obligatoryjną przynależność do takiego samorządu, który dysponowałby szerokimi uprawnieniami, wszyscy cenili by sobie wysoko i nikt by nie pytał, po co on istnieje.

                                                                                                                                          Barbara Szeffer-Marcinkowska

 


 

Łódź, 24 października 2006 r.

 

                                                                                     

 

                                     *) A oto przykładowe, wybrane z ustaw zapisy

 

 

 

 

                        USTAWA z dn. 23 maja 1991 r.

 

                            o związkach zawodowych 

 

Rozdział 1

 

art. 1.  Związek zawodowy jest dobrowolną i samorządną organizacją ludzi pracy, powołaną do reprezentowania
i obrony ich praw, interesów zawodowych i socjalnych .

 

art. 4.  Związki zawodowe reprezentują pracowników

 

i inne osoby […] a tak że bronią ich godności, praw

 

i interesów materialnych i moralnych, zarówno zbiorowych, jak i indywidualnych.

 

art. 5.   Związki zawodowe mają prawo reprezentowania interesów pracowniczych na forum międzynarodowym.

 

 

 

 

 

                                -----------------------

 

 

 

 

 

 

 

 

                        USTAWA z dn. 17 maja 1989 r.

 

                                o izbach lekarskich            

 

Rozdział 1.

 

art. 1 Samorząd lekarzy jest niezależny w wykonywaniu swych zadań i podlega tylko przepisom ustawy.

 

 

 

Rozdział 2.

 

art.4.   Zadaniem samorządu lekarzy jest w szczególności

 

[….]

 

3) reprezentowanie i ochrona zawodu lekarza,

 

4) integrowanie środowiska lekarskiego,

 

[….]

 

9) wykonywanie innych zadań określonych odrębnymi przepisami.

 

 

 

Zadania określone w ust. 1 samorząd lekarzy wykonuje
w szczególności przez:

 

[…]

 

2) negocjowanie warunków pracy i płac,

 

[…]

 

10) występowanie w obronie interesów indywidualnych
i zbiorowych członków samorządu lekarzy,

 

11)  współdziałanie z organami administracji publicznej […] oraz innymi organizacjami społecznymi w sprawach dotyczących ochrony zdrowia ludności i warunków wykonywania zawodu lekarza.

 

 

 

                                ----------------------

Bądź na bieżąco

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco.

i icon

Zarzad krajowy OZZL

ul. Gdańska 27, 85-005 Bydgoszcz

mail icon

+48 52 372 08 83

ozzl@ozzl.org.pl