O nas Sprawy organizacyjne Poczta do ZK OZZL Archiwum
Aktualności
Konferencje prasowe
Opinie prawne

Newsweek 48/2005, 4.12.2005 r.

Lekarz jak ryba

RYSZARD KIJAK


Kiedyś przyszła do mnie dziennikarka i zapytała, kto z lekarzy w moim szpitalu bierze łapówki od pacjentów. Wiedziałem, kto bierze, z obserwacji, z relacji rodziny czy znajomych. Ale odpowiedziałem przekornie: „Mogę zdradzić tylko, kto na pewno nie bierze”. Zaprowadziłem ją pod drzwi gabinetu emerytowanego już teraz profesora laryngologii, gdzie, jak pamiętałem, wisiała kartka: „Pan Profesor nie przyjmuje żadnych prezentów od pacjentów i ich rodzin”. Ale okazało się, że oświadczenia już nie ma. Przy najbliższej okazji spytałem profesora: – Panie Stanisławie, czemu pan zdjął tę kartkę? Czyżby pan wymiękł i zaczął pan brać? – Nie zacząłem – tłumaczył się indagowany. – Ludzie robili na tym świstku głupie dopiski, dlatego go wyrzuciłem. Ale dalej nie biorę.

Inni nie są tak wytrwali w opieraniu się pokusie „czesania” pacjenta. Pewnego razu na dyżurze trafiła mi się pacjentka, przy której „dla kaprysu” postanowiłem popisać się intelektem. – Chirurdzy zrobią pani cholecystektomię, a ja wykonam znieczulenie ogólne dożylno-wziewne metodą półzamkniętą – wyjaśniłem jej w miarę szczegółowo swoje plany.

– Panie, ja zapłaciła za narkoze i ja chce mieć narkoze, a nie jakieś tam znieczulenie – odpowiedziała zirytowana. „Komu pani zapłaciła za narkozę? Bo na pewno nie mnie. I ile to było” – pytałem, wywracając puste kieszenie bluzy operacyjnej.

– Komu i ile ja zapłaciła, to moja sprawa – odburknęła. Odszukałem skierowanie. Gdy trafiłem na podpis, włos mi się zjeżył na głowie. Widniało tam nazwisko, które nawet boję się tu podać, choć od zdarzenia upłynęło trochę lat. Zresztą, i tak nikt by mi nie uwierzył. Powiem tylko, że był to profesor chirurgii, wzór etyki i uczciwości. Nauczyciel pokoleń studentów. Od razu pacjentce dałem narkozę, a nie jakieś tam moje durne znieczulenie ogólne dożylno-wziewne metodą półzamkniętą. Jak pokazuje praktyka, im wyższe stanowisko i większy autorytet, tym większe możliwości brania.

Dotychczas uważałem, że pazerność niektórych kolegów wynika ze zbyt niskich zarobków. Ale tę moją pewność podważyły ujawnione ostatnio przypadki zatrzymań profesorów i doktorów habilitowanych, m.in. w Bydgoszczy, Włocławku, Białymstoku, Lublinie, z których jedni są (lub byli) zatrudnieni na przyzwoitych etatach, a inni na atrakcyjnych kontraktach.

– Ależ ty drzesz z tych klientów, aż kości trzeszczą – zagadnąłem kiedyś złośliwie kolegę, profesora zresztą, kolekcjonera antyków (krąży plotka, że gdy pewien wdzięczny pacjent sprezentował mu antyczny mebel, który nie mieścił się w drzwiach, obdarowany kazał wyrwać w swoim domu okno, aby wstawić eksponat do środka). – No to trzeba było zostać profesorem – odpowiedział mi z zimną krwią, nie dodając już, że przecież z własnej kieszeni nie zainwestował w oddział, nie ponosi kosztów jego eksploatacji i nie utrzymuje personelu. Niestety, ta konstatacja burzy mit powtarzany z lubością przez medyków, że pokusa brania jest rezultatem nędznych pensji i gdyby wynagrodzenie w opiece zdrowotnej było satysfakcjonujące, to szara strefa stałaby się marginesem. Akurat.

Prawo mówi: „kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Ten przepis, moim zdaniem, idzie o wiele za daleko. Bo o ile rzeczywiście należy z całą surowością potępić uzależnienie leczenia w publicznym zakładzie opieki zdrowotnej od łapówki, to dlaczego prawo ma zabraniać lekarzowi przyjęcia materialnego wyrazu wdzięczności (takiego, jaki obdarowujący sam uzna za stosowne) od nie zmuszanego do tego pacjenta? A w czym to lekarz jest gorszy od pracującego w tym samym szpitalu jako „złota rączka” pana Mietka? Pan Mietek, np. po wyremontowaniu zabiegowego, może bezkarnie przyjąć od zadowolonego ze stworzenia mu dobrych warunków pracy doktora flaszkę. Ale gdyby pan Mietek zechciał odwdzięczyć się lekarzowi tym samym za laparoskopowe wyleczenie przepukliny, to mógłby niechcący posadzić swego zbawcę na kilka lat. Uważam, że jest to ograniczanie swobód obywatelskich, i to nie tylko lekarzy, ale i pacjentów. Chyba, że pan Mietek i pan doktor, pracujący w tym samym publicznym zakładzie, zostaną zrównani ze sobą, czyli: albo pana Mietka uzna się za osobą pełniącą funkcję publiczną (ze wszystkimi jej atrybutami, czyli z etyką, misją i powołaniem, albo obu potraktuje się jako osoby wykonujące wyłącznie czynności usługowe. Bo w końcu, jakież to inne czynności wykonuje lekarz, jeśli nie wyłącznie usługi zdrowotne?

Myślę, że adwokat rozwinąłby tezę o lekarzu jako o „osobie wykonującej wyłącznie czynności usługowe” szerzej, a wtedy „wyrazy wdzięczności” można by nazwać bardziej lub mniej sutym napiwkiem, a nie łapówką. Obdarowany powinien tylko zgłosić taką korzyść w PIT, zapłacić stosowny podatek, i spokój. Ale zamiast szukać kruczków prawnych, można też postawić na drugie wyjście: nie brać i spokojnie spać. W domu będzie może o parę groszy mniej, ale za to pojawi się pewność, że lekarska rodzina nie straci żywiciela na kilka lat. I nie nałyka się wstydu na całe życie.

(Uwaga autora: poza kilkoma poprawkami stylistycznymi, z tekstu wypadł akapit: „Jedynie zmiana systemu i wprowadzenie konkurencji pomiędzy świadczeniodawcami jest w stanie zlikwidować to zjawisko. Czy ktoś np. słyszał, żeby łapówki brali od pacjentów lekarze amerykańscy?”)