„Gazeta Lekarska” Nr 5/2005
Nasze władze wolą zgadzać się na różne półlegalne hece, aby
tylko nie dopuścić do ucywilizowania wynagrodzeń lekarskich.
Koszty takiej strategii już dziś widać gołym okiem.
Chleba naszego kontraktowego
Ryszard Kijak
„W Polsce lekarz jest powszechnie dostępną, bezpłatną zdobyczą
socjalizmu, która każdemu się należy” – napisał czytelnik w liście
do naszej redakcji.
Pozornie wydawałoby się, że ta „zdobycz” jest dla pacjentów
najlepszą rzeczą, jaka im została po poprzednim ustroju. Gdy
jednak wziąć pod uwagę warunki, w jakich owa „bezpłatna zdobycz”
z reguły pracuje i ile zarabia, to okazuje się, że to „trofeum”
staje się swoim własnym zbuntowanym cieniem, i zaczyna społeczeństwu
wyciekać za granicę. Dr Jacek B., który pół roku temu wyjechał
do Londynu, pracuje tam dwa razy lżej, ale zarabia dziesięć razy
więcej, niż w kraju ojczystym. To nie bujda, bo taką wersję podaje
wielu innych naszych – zagranicznych obecnie – kolegów. Trudno,
żeby się wszyscy zmówili.
Kontraktorka
W Polsce, jak na razie, aby się utrzymać – mniej pracować się
chyba nie da, ale za to czasami można więcej zarobić, nie pogrążając
się jednocześnie w podejrzanej szarej strefie. Szansę na to
stwarzają umowy cywilnoprawne na świadczenie usług medycznych,
zwane potocznie „kontraktami”. W naszych warunkach funkcjonują
dwa rodzaje takich umów: na świadczenie usług medycznych poza
godzinami tzw. normalnej ordynacji zakładu, czyli „dyżurowe”,
oraz „całościowe”, obejmujące świadczenie usług medycznych
niezależnie od pory dnia.
Umowy ze zleceniodawcą (przeważnie – ze szpitalem) zawierane
są przez zleceniobiorcę (lekarza – wykonawcę) albo bezpośrednio,
albo za pośrednictwem niepublicznego zakładu opieki zdrowotnej.
Ta ostatnia forma jest bezpieczniejsza, bo to nzoz prowadzi wówczas
negocjacje w imieniu całej grupy lekarzy. W ramach nzoz-u łatwiej
jest też płynnie organizować obsadę zakontraktowanych stanowisk
i zapewniać zastępstwa, a poza tym można powoływać różne wewnętrzne
formy wzajemnej pomocy w razie jakiegoś nieszczęścia. Dyżurowe cieniasy
Kontrakty dyżurowe nie mają zbyt dobrego wsparcia od strony prawnej.
Zawierane są one z etatowymi pracownikami w celu ominięcia
problemu notorycznego przekraczania ustawowego limitu nadgodzin.
Kodeks pracy zabrania jednak zawierania przez zakład pracy
ze swoim pracownikiem umowy cywilnoprawnej na ten sam zakres
czynności, jaki wykonuje on w ramach umowy o pracę. Usługi
wykonywane na dyżurach określa się więc w umowie cywilnoprawnej
inaczej, niż te wykonywane na etacie. Nie ma tu też miejsca
na typową dla stosunku pracy podległość i zależność służbową.
Mimo prawnej ułomności kontraktu dyżurowego, stosowany jest on
dość powszechnie, ponieważ praktycznie nikt tej formy dotychczas
nie zakwestionował ze względu na to, że jest ona opłacalna dla
obydwu stron.
Generalnie, zyskiem dyżurowego „kontraktora” jest to, co zaoszczędzi
on na ZUS-ie, bo mając jednocześnie etat na pracę wykonywaną
w czasie „normalnej ordynacji”, z kontraktu dyżurowego musi opłacić
jedynie ubezpieczenie zdrowotne, w wys. ponad 162,- zł miesięcznie.
Powód do frustracji
Dyżurowy kontrakt jest dla zleceniobiorcy o tyle bezpieczny,
że jako pracownik, pozostaje on w dalszym ciągu w stosunku
pracy w tym samym (przeważnie) zakładzie i z tego tytułu ma
opłacone wystarczające składki na ZUS, a zarobek z kontraktu
dyżurowego trafia do jego kieszeni w proporcjonalnie większej
części, niż gdyby był wypłacany z tytułu umowy o pracę. Przy
7-8 dyżurach, można w ten sposób „na czysto” zarobić miesięcznie
do 1.000 zł więcej. Nie skorzystanie z takiej okazji jest dowodem
samobójczego braku troski o własne finanse, co powoduje głęboką
frustrację i rodzi agresję wobec tych, którzy tej możliwości
nie przepuścili. Znam takie przypadki i może kiedyś je opiszę.
Są bardzo ciekawe od strony psychologicznej i socjologicznej.
Zakład oferuje zleceniobiorcy przeważnie kwotę wynikającą z kosztów
danego stanowiska pracy. Stara się przy tym ukryć swoją część
płaconą za pracownika ZUS-owi, a jest ona dość istotna, bowiem
wynosi ok. 21 proc. podstawy wymiaru. Gdy zleceniobiorca to przegapi,
jest to zysk dla zakładu. Gdy natomiast przejmie tę kwotę, jest
to jego zysk. Za godzinę dyżuru tępego pełnionego w dzień powszedni
może on wówczas zarobić brutto np. 22 zł, ostrego – 25 zł, dyżuru
tępego w dzień wolny od pracy – 30 zł, a ostrego – 33 zł. Kontraktowy
dyżur tępy w dniu roboczym będzie wówczas wart 360 zł, ostry
410 zł, tępy w dniu wolnym 720 zł, a ostry 790 zł.
Godząc się więc na kontrakt dyżurowy, należy żądać – jako minimum
– przejęcia wszystkich kosztów związanych z danym stanowiskiem
pracy. Inaczej, zawarcie jakiejkolwiek umowy cywilnoprawnej jest
dla zleceniobiorcy całkowicie nieopłacalne, i – zważywszy na
zwiększone ryzyko ponoszone przez zleceniobiorcę – nieuczciwe
jako propozycja ze strony zleceniodawcy.
Ofertę przejęcia wszystkich kosztów związanych ze swoim stanowiskiem
pracy można zaakceptować jedynie w przypadku kontraktu dyżurowego.
Przy kontrakcie całościowym jest ona absolutnie niewystarczająca.
Koniec stabilizacji
Legalności kontraktu całościowego nie podważa nikt. Pozostają
najwyżej niuanse dotyczące sposobu i warunków korzystania z
pomieszczeń i sprzętu zleceniodawcy (dotyczy to zresztą także
i kontraktu dyżurowego). Ale, w końcu, owe pomieszczenia i
sprzęt, na zasadzie takiej umowy, wykorzystywane mają być przecież
w celu świadczenia usług na rzecz zleceniodawcy, więc to on
powinien zaoferować zleceniobiorcy jak najbardziej korzystne
warunki. Co innego, gdyby usługi miały być wykonywane tylko
na rzecz lekarskiej praktyki prywatnej. Byłby to już całkiem
inny układ.
Oferowanie przez zakład pracy kontraktów całościowych jest najczęściej
stymulowane chęcią przeciwdziałania ucieczce fachowych kadr,
lub też potrzebą rozszerzenia działalności zakładu poza godziny
pracy ograniczone zatrudnieniem kodeksowym.
Ale co się traci rezygnując z etatu? Dużo. Bardzo dużo. Przede
wszystkim – poczucie jakiejś tam stabilizacji, zapewnianej przez
ochronę wynikającą z Kodeksu pracy, który w razie przekraczania
norm czasu pracy, mobbingu czy zwolnienia, daje możliwość odwołania
się do sądu. W sądzie pracy, który rozpatruje sprawy wynikające
z zatrudnienia, pracownik często ma szansę na wygraną, a terminy
rozpraw wyznaczane są z reguły szybciej, niż w sądzie cywilnym,
właściwym dla umów cywilnoprawnych.
Ponadto, wraz z rezygnacją z etatu, choruje się właściwie na
własne ryzyko, odpadają urlopy, znika średnia dyżurowa, kasa
zapomogowo-pożyczkowa, zakładowy fundusz świadczeń socjalnych,
ewentualne przywileje przysługujące pracownikom danego zakładu
wynikające z regulaminu pracy i regulaminu płac, nadzieja na
premię, pewność regularnego comiesięcznego otrzymywania wynagrodzenia,
odprawa, przepada pełna składka na ZUS, a często wraz z nią –
godziwa emerytura.
Trudna decyzja
Te wszystkie niematerialne i materialne aspekty sprawiają, że
wielu lekarzom trudno jest zdecydować się na rozwiązanie umowy
o pracę i na zawarcie ze swoim macierzystym zakładem (zwanym
od tej pory zleceniodawcą) umowy cywilnoprawnej – kontraktu
całościowego na udzielanie świadczeń medycznych.
Chyba, że się jest nauczycielem akademickim, zatrudnionym dodatkowo
w szpitalu klinicznym lub w jakimkolwiek innym, i że pracuje
się tam „usługowo” przez pięć czy sześć godzin dziennie, a otrzymuje
się wynagrodzenie jedynie za nominalne dwie godziny, co wynosi
miesięcznie ok. 260-300 zł. Wówczas propozycja przejścia na jakikolwiek
kontrakt ze szpitalem (mając cały czas zapewniony etat w akademii
medycznej) to po prostu dar z niebios.
Za Botswaną
A jakie jest ryzyko rezygnacji z jedynej posiadanej umowy o pracę
(etatu) i przejścia na umowę cywilnoprawną, poza utratą wymienionych
wyżej przywilejów pracowniczych? Ano na przykład takie, że
zleceniodawca zrezygnuje nagle z usług zleceniobiorcy lub nie
odnowi z nim umowy na następny rok, i wówczas lekarz znajdzie
się nagle na lodzie. Albo że zleceniodawca uporczywie, miesiącami,
nie będzie wypłacał należności. Można oczywiście pozwać dłużnika
do sądu cywilnego, ale, pomijając przewlekłość prowadzenia
spraw, istnieje obawa, że z takim „pieniaczem”, który ośmiela
się upomnieć o swoje, świadczeniodawca po prostu nie przedłuży
kontraktu. I co wtedy?
Droga sądowa jest niestety w Polsce długa i bolesna. Jeśli chodzi
o „rychliwość” naszych sądów, to w zakresie procedur dotyczących
przedsiębiorców jest ona równa sądom w Angoli i Gwatemali. O
rok krócej niż u nas czekają na wyroki firmy działające w Syrii,
a jeszcze szybciej sprawy załatwiane są w afrykańskiej Botswanie.
Najgorzej jest właśnie z dochodzeniem należności. Na wyrok w
tej materii czeka się w Polsce średnio 1000 dni, czyli prawie
trzy lata. Dla porównania – proces o długi w Tunezji trwa...
27 dni. Aż się wierzyć nie chce. Będąc w Unii Europejskiej, jesteśmy
jednocześnie daleko za Tunezją, Botswaną i Syrią, a równi z Angolą
i Gwatemalą. Fajnie jest.
Realizując umowę cywilnoprawną (kontrakt), ponosi się nieporównanie
większą (niż będąc na etacie) odpowiedzialność cywilną, zarówno
jeśli chodzi o ryzyko związane z wykonywaniem zawodu, jak i dotyczące
ewentualnych szkód w zakresie używanego sprzętu i pomieszczeń.
Co gorsza, ponieważ znakomita większość lekarzy pracujących na
zasadzie kontraktu nie opłaca proporcjonalnej stawki ZUS-owskiej,
zadowalając ten złodziejski urząd jedynie stawką minimalną, pozbawiają
się oni jednocześnie jakiej-takiej emerytury. Na starość zagraża
im więc grzebanie po śmietnikach i dożywianie się spleśniałymi
skórkami od bananów, bo wszelkie bardziej pożywne kąski wybiorą
przed nimi inni, bardziej doświadczeni konkurenci.
Margines kompensacji
Jaką więc przewagę mają kontrakty całościowe nad etatem? Atutem
jest nieco większy margines niezależności, ale przede wszystkim
– lepsze warunki finansowe. Muszą one zrekompensować wszystkie
utracone wraz z etatem przywileje.
Rozważając przejście na pełny kontrakt, należy uwzględnić, że
oprócz podatku, składki emerytalnej, zdrowotnej, ubezpieczenia,
i innych kosztów (np. częstych dojazdów, prowadzenia rachunkowości),
w grę wchodzą tu kolejne czynniki, jak ryzyko zerwania umowy
cywilnoprawnej przez zleceniobiorcę, lub zachorowania, konieczność
skorzystania z miesięcznego wypoczynku raz w roku, wyjazdy na
konferencje naukowe czy szkolenia, budowanie własnych oszczędności
emerytalnych, itd., itp.
Trzeba pamiętać, że w czasie bezrobocia, choroby, urlopu czy
wyjazdu szkoleniowego, przychód z praktyki kontraktowej wynosi
dokładnie zero. A koszty ponosi się nadal, chyba że praktyka
zostanie okresowo zawieszona. Jeżeli więc zarobek nie zawiera
w sobie odpowiednio dużego marginesu kompensacji, zerwanie kontraktu
lub dłuższa choroba mogą pechowego świadczeniodawcę szybko doprowadzić
do ruiny finansowej i wpędzić w fatalny w skutkach dołek psychiczny.
Przydarzyło się to na przykład jednemu z moich kolegów, którego
dopadł na kontrakcie zawał serca.
Opcja zerowa
Dlatego dochód z kontraktu całościowego musi pozwolić na zabezpieczenie
się przed tymi zagrożeniami. Nie można się tu zadowolić przejęciem
wszystkich kosztów związanych ze swoim stanowiskiem pracy,
jak w przypadku kontraktu dyżurowego. Należy przyjąć, że na
kontrakcie całościowym, satysfakcjonującym zarobkiem jest każda
kwota powyżej 10 tys. zł miesięcznie brutto. Po odliczeniu
kosztów, netto pozostanie z tego 5,5 tys. zł. Uwzględniając
miesiąc „urlopu”, zarobek w stosunku rocznym wyniesie 5 tys.
zł miesięcznie. Jest to oczywiście nadal bardzo odległe od
tego, co zarabiają lekarze na Zachodzie, ale i tak wynosi dwa
razy więcej, niż można obecnie otrzymać „na czysto” na etacie
(licząc z dyżurami).
Wynagrodzenie za udzielanie świadczeń medycznych wykonywanych
w ramach umowy cywilnoprawnej można oprzeć na opisanym wyżej
systemie godzinowym, lub na punktowym. W przypadku kontraktu
dyżurowego, system punktowy jest nieopłacalny. Natomiast może
się on okazać korzystny w przypadku kontraktu całościowego, o
ile pomiędzy stronami zostanie wynegocjowana odpowiednia stawka
za punkt rozliczeniowy.
Wszystkie procedury medyczne ujęte są w katalogu Narodowego Funduszu
Zdrowia i posiadają swoją wartość punktową. Każdy punkt jest
wyceniony na ok. 9-11 zł, w zależności od tego, na jaką wysokość
zgodził się dany zakład. Pozostaje kwestią determinacji obu stron,
ile procent wartości punktu będzie mógł przejąć lekarz w ramach
kontraktu. W pełnoprofilowym szpitalu, pracującym na „dużych
obrotach” i pełniącym co drugi dzień dyżur ostry, „opcją zerową”
jest wartość 40 gr. za punkt, czyli ok. 4 proc. wartości punktu.
Przy tej wysokości, zarobek brutto wynikający z kontraktu jest
mniej więcej równy wszystkim kosztom etatu, wraz z ośmioma dyżurami.
Przyjęcie stawki 40 gr. za punkt w kontrakcie całościowym nie
ma więc w tym układzie żadnego sensu.
Granica opłacalności
Ile punktów miesięcznie może wyciągnąć jakiś oddział w opisanym
wyżej szpitalu? Przykładowo, w przypadku specjalności zabiegowych,
na jednej sali operacyjnej ortopedia jest w stanie wypracować
wraz z dyżurami 25 tys. punktów, urologia 22 tys., torakochirurgia
18 tys., chirurgia ogólna 13 tys., neurochirurgia 11 tys.,
a otolaryngologia 8 tys. punktów.
Gdyby ortopedię cały czas obsługiwał tylko jeden anestezjolog,
to na kontrakcie opiewającym na 40 gr. za punkt, zarobiłby brutto
10 tys. zł. Ale gdyby trafił na laryngologię, zarobiłby zaledwie
3 tys. zł. Pracując miesiąc na ortopedii i miesiąc na laryngologii,
średnio wyszłoby mu 6,5 tys. zł, czyli niewiele więcej, niż kosztuje
jego etatowe stanowisko pracy z uwzględnieniem dyżurów.
I to jest właśnie ta nieopłacalna „opcja zerowa”, od której należy
wyjść, aby ustalić stawkę, która satysfakcjonowałaby zarówno
zleceniodawcę, jak i zleceniobiorcę. Taką kwotą, moim zdaniem,
jest 80 gr. za punkt. Nie jest ona wygórowana jeśli chodzi o
możliwości zleceniodawcy, a jednocześnie zabezpiecza wszelkie
ryzyka zleceniobiorcy, o których wspomniałem wcześniej.
Podobnie w przypadku innych specjalności. Negocjując podstawę
wynagrodzenia, trzeba dysponować danymi, wskazującymi ile punktów
miesięcznie osiąga dany oddział, i pomiędzy ilu lekarzy te punkty
miałyby zostać podzielone. Wtedy dopiero można oszacować, jaki
procent wartości punktu może się okazać opłacalny, aby zawrzeć
kontrakt całościowy.
Wentyle bezpieczeństwa
Kontrakt, jako umowa cywilnoprawna, kształtowany jest wolą obu
stron. Należy więc starać się, aby znalazły się w nim wentyle
bezpieczeństwa. Jednym z nich jest np. zastrzeżenie, że w razie
rozliczenia punktowego, zleceniodawca zobowiązuje się do płacenia
tzw. „postojowego” (np. za brak pacjentów na dyżurze). Trzeba
też nalegać, aby w razie rozwiązania kontraktu, zleceniodawca
zgodził się na przyjęcie dotychczasowego zleceniobiorcy do
pracy na poprzednich warunkach.
Do ustalenia pozostaje poza tym wiele innych problemów, jak np.
synchronizacja słownika procedur używanego w danym szpitalu z
katalogiem NFZ, ustalenie sposobu dokumentacji wykonanych procedur,
ustalenie stawek za czynności nie objęte katalogiem, mechanizm
rotacji na poszczególnych stanowiskach pomiędzy „kontraktorami”,
sposób komunikacji pomiędzy zleceniodawcą a zleceniobiorcą, itd.
itp.
Krótkowzroczna polityka
Implikacji związanych z umowami cywilnoprawnymi na świadczenie
usług medycznych jest znacznie więcej, niż te, o których tu
wspomniałem. Ale trudno byłoby mi szerzej rozwijać ten temat,
bo musiałbym w tym celu zająć cały numer „Gazety Lekarskiej”,
co nie spodobałoby się prawdopodobnie zarówno redaktorowi naczelnemu
„GL” Markowi Stankiewiczowi, jak i P.T. Czytelnikom, którzy
chcieliby znaleźć tu materiały dotyczące także i innych problemów,
niż opisywane tutaj kontrakty.
Organizacje lekarskie działające w Unii Europejskiej nie popierają
tej formy wykonywania zawodu. Uważają one, że najlepszym sposobem
zatrudnienia (zwłaszcza w szpitalach) jest umowa o pracę, czyli
etat, podlegający przepisom prawa pracy danego kraju i unijnej
dyrektywy 2003/88, określającej normy czasu pracy. Jest to bezpieczniejsze
zarówno dla pacjentów, jak i lekarzy. Tu jednak powstaje problem
kosztów, ponoszonych przez zakłady opieki zdrowotnej, związanych
z koniecznością dodatkowego zatrudnienia lekarzy dla pokrycia
wszystkich potrzeb świadczeniodawcy, a tym samym pacjenta, oraz
problem odpowiedniego wynagrodzenia lekarzy. Ponieważ są to koszty
znaczące, Polska broni się przed tym rękoma i nogami.
Nasze władze wolą przymykać oczy na pół-legalne kontrakty dyżurowe,
wolą pozwalać na namawianie lekarzy na kontrakty całościowe,
i doprowadzać do tego, aby w ich ramach lekarze pracowali po
500 godzin w miesiącu (tak, znam taki przypadek w pewnym pogotowiu,
i wiem że nie jest on odosobniony), wolą tolerować, żeby pacjentem
zajmował się pół-przytomny lekarz. Wolą zgadzać się na to wszystko,
aby tylko nie dopuścić do cywilizacji wynagrodzeń, choć taka
decyzja zlikwidowałaby zagrożenie dla pacjenta, jakim jest zmęczony
lekarz, i zapobiegłaby ucieczce wykształconych za grube pieniądze
specjalistów za granicę. Według tej krótkowzrocznej polityki,
za dużo by to kosztowało. Jednak rzeczywiste koszty takiej strategii
będą o wiele większe.
Ryszard Kijak
|