Nie
bójcie się powiedzieć NIE – Unii Europejskiej
(artykuł
ukazał się 30 maja w Służbie Zdrowia)
W
dyskusji dotyczącej ewentualnego wejścia Polski do Unii Europejskiej,
jego zwolennicy, gdy zabraknie im już argumentów „za” ( a brakuje
im bardzo szybko) stwierdzają z nutką wyższości do przeciwników
przyłączenia: Nie bójcie się Unii, na pewno dacie sobie radę.
Niektórzy euroentuzjaści w podobny sposób reklamują swoją gotowość
do głosowania na Tak: my się Unii nie boimy. Stawianie wyboru
„za” lub „przeciw” wejściu Polski do Unii w kategoriach lęków
ma oczywiście swój cel i nie jest przypadkowe. Wiadomo przecież,
że lękają się przede wszystkim ludzie słabi, nieporadni, nie wykształceni,
prymitywni, nie potrafiący sobie radzić w życiu, zabobonni, niedojrzali.
Zatem przekaz tej „propaganduchy” miał być jednoznaczny: kto za
Unią ten wykształcony, inteligentny, przedsiębiorczy, odważny,
kto „przeciw” – ten tępak, prostak i prymityw. Specjaliści od
prounijnej promocji chyba jednak przesadzili w swojej gorliwości
( kto wie, może praktykowali jeszcze w PRL-owskiej propagandzie,
która – jak pamiętamy nie była zbyt subtelna), bo lęk lub jego
brak nie muszą być wcale tak jednoznacznie interpretowane. Nie
odczuwają lęku nie tylko odważni i przedsiębiorczy, ale również
ci, którzy nie potrafią lub nie chcą dostrzec zagrożeń, albo tacy,
co wierzą w jakieś magiczne rozwiązania lub zaklęcia. Czyż małe
dziecko nie sięga śmiało do ognia, albo czy nie próbuje nieraz
fruwać cyklofrenik w fazie maniakalnej?
Jakie
to argumenty przytaczają zwolennicy przyłączenia Polski do Unii?
Że „to postęp i trzeba iść z postępem”, że „nie ma alternatywy”,
że „dla dobra naszych dzieci”, że „wspólny europejski dom”, że
„nie po to z komuną walczyliśmy”, że „będziemy współdecydować
o przyszłości Europy”, i w końcu, że „dopłaty”. Spośród tych wszystkich
argumentów jedynie ten ostatni stanowi jakiś konkret, jednak akurat
jego wartość jest najmniejsza. Jeśli chodzi o finansową stronę
wstąpienia Polski do Unii jedyną pewną rzeczą jest wysokość naszej
składki – gdzieś około 10 mld złotych rocznie, czyli ponad 1/3
budżetu polskiej służby zdrowia (który podobno żadną miarą nie
można zwiększyć) oraz dotychczasowe wydatki i straty gospodarcze
wynikające z dostosowania się do wymogów Unii ( w tej liczbie
wzrost podatków i biurokracji, co mocno ograniczyło nasz gospodarczy
rozwój). Ewentualne korzyści finansowe, których namacalnym dowodem
mają być owe dopłaty, są tylko potencjalne. Być może uda nam się
odzyskać 50 -, może 80 – procent wpłaconej kwoty ( chociaż niektórzy
eurorealiści twierdzą, że tylko 30%). Nawet jednak, gdybyśmy otrzymaliśmy
z powrotem owe 10 mld składki, to cóż to za zysk ?. Czy już Polacy
sami nie wiedzą na co wydawać swoje pieniądze ? Bo możemy być
pewni, że unijne dotacje ( z naszej składki) nie pójdą na rozwiązania
naszych najważniejszych problemów, ale tych, które znajdą zrozumienie
u unijnych komisarzy (ludowych). A jak wydają komisarze? Właśnie
niedawno przedstawiono nam w telewizyjnych Wiadomościach przykład
obywatela Finlandii, do niedawna mieszkańca stołecznych Helsinek,
który „nie bał się skorzystać z unijnych dotacji”. Został rolnikiem,
gdzieś za kołem podbiegunowym, gdzie w „skrajnie niekorzystnych
warunkach, za pieniądze uzyskane z Unii” będzie hodował owce.
Człowieka normalnego musi porazić bezdenna głupota tego przedsięwzięcia
i niewiarygodne marnotrawstwo środków. Cały postęp ludzkości,
jaki dokonywał się przez tysiące lat polegał na tym, że ludzie
dostosowywali się do warunków naturalnych i praw przyrody wykorzystując
je dla siebie i z nich korzystając. Dzięki temu miliony ludzi
może dziś kupować stosunkowo tanią żywność, korzystać z taniej
energii, jeździć powszechnie samochodami, kąpać się zimą w wodach
ciepłych krajów i latem jeździć na narty w śnieżne góry. Co by
się stało, gdyby nasi przodkowie, rozumując, jak unijni urzędnicy
osiedlili się przed tysiącami lat nie wzdłuż życiodajnych rzek,
ale gdzieś na piaskach pustyni lub na obszarach wiecznej zmarzliny
? Pewnie ludzkości już by nie było. (Może dinozaury wyginęły,
bo założyły swoją Unię ?) Dla prostego człowieka jest to oczywiste,
jednak dla euroentuzjasty nie. Dlatego na zakończenie owego telewizyjnego
reportażu, dziennikarka z troską zapytała „czy polscy rolnicy
nie będą bać się skorzystać ze środków unijnych?”
Ja
mogę zrozumieć, że bogate kraje Europy zachodniej stać na to aby
swoje pieniądze wydawać w oryginalny, nie zawsze uzasadniony ekonomicznie
sposób. Przecież całkiem podobnie zachowują się bogaci ludzie.
Dla kaprysu budują pałace dla swoich psów albo zatrudniają dla
nich służbę. Jest jednak zasadnicza różnica. Prywatne osoby robią
to za swoje pieniądze. Unijni komisarze wydają pieniądze zwykłych
obywateli unijnych państw. Ogromny biurokratyczny aparat, rozbudowane
„programy pomocowe” zmuszają członków Unii do płacenia ogromnego
„haraczu”, który musi się przełożyć na wzrastające obciążenia
podatkowe dla obywateli. A wysokie podatki, to hamulec dla gospodarki.
Podobnie jak rozliczne biurokratyczne uciążliwości, które wymyślają
znudzeni bezczynnością unijni urzędnicy, którzy w ten sposób chcą
udowodnić, że są potrzebni i zapewnić sobie pracę na przyszłość.
Polska jeszcze nie przystąpiła do Unii, a już możemy odczuć działania
„przystosowawcze”. Można by sięgnąć po przykłady z różnych dziedzin
gospodarki. Ja jednak podam przykład bliższy nam – czytelnikom
i sympatykom SZ. Właśnie zamierzałem otworzyć gabinet lekarski
w swoim własnym ( prawo własnościowe) mieszkaniu w bloku. Kilka
lat temu musiałbym powiesić szyld i zawiadomić urząd skarbowy.
Dzisiaj muszę: uzyskać pozwolenie na budowę ( chociaż nie chcę
nic przerabiać), zatrudnić projektanta, kierownika budowy, uzyskać
opinię strażaka, specjalisty od BHP, sanepidu –2X, zmienić plan
zagospodarowania przestrzennego, uzyskać zgodę ze starostwa powiatowego,
urzędu miasta, spółdzielni mieszkaniowej, izby lekarskiej. Zgłosić
działalność w urzędzie skarbowym i ZUS-ie . Gdy „przyjdzie” Unia,
to zapewne będę musiał dorobić dodatkową toaletę, pewnie drugie
wejście, może podnieść sufit ( jeśli będę chciał robić zastrzyki)
i koniecznie wyłożyć glazurą.
Polski
nie stać na takie kaprysy, na jakie pozwalają sobie państwa Unii
Europejskiej. Nas nie stać jeszcze na glazurę w chlewach, klimatyzowane
ciągniki czy hodowlę pomarańczy w szklarniach. Polska w pocie
czoła musi odrabiać kilkudziesięcioletnie gospodarcze zapóźnienie.
Aby to się nam udało potrzebujemy niskich podatków, ograniczenia
biurokracji, zniesienia niepotrzebnych koncesji, ograniczenia
roli państwa w gospodarce oraz dobrego systemu wyborczego, który
wyeliminuje partyjniactwo, a wyniesie ludzi dbających o dobro
wspólne Narodu i Państwa. Członkostwo w Unii Europejskiej nie
jest do tego potrzebne. Gdyby chociaż w osiągnięciu tego celu
nam nie przeszkadzało, to pół biedy. Jednak bezlitosna unijna
biurokracja domaga się corocznej daniny, niczym smok ofiary z
niewinnych dziewic. Jeśli już mamy wydać te pieniądze to wydajmy
je z głową. Na przykład obniżmy podatki – aby zwiększyć wewnętrzną
konsumpcję, rozruszać gospodarkę, a chociażby aby umożliwić wprowadzenie
bezpośrednich dopłat pacjentów do niektórych świadczeń zdrowotnych.
Zacząłem
od lęku i tym wątkiem chcę zakończyć. Przedstawiciele rządzących
zachęcają nas abyśmy się nie bali Unii Europejskiej. Ja jednak
widzę strach w ich oczach. Nie jest to oczywiście strach przed
Unią. Przeciwnie jest to lęk przed tym, co się może stać, jak
do Unii nie wejdziemy. Nie chodzi tylko o stratę tych paru tysięcy
wysokopłatnych stanowisk. Oni się boją, że nie będą wiedzieć co
zrobić z Polską i ze swoją władzą. Zdają sobie przecież sprawę,
że nasze państwo zabrnęło w ślepą uliczkę. Zadłużenie zewnętrzne
i wewnętrzne jest już takie, że „zjadamy własny ogon”, bezrobocie
osiąga niespotykane rozmiary, upada służba zdrowia, gospodarka
kurczy się, a nie rozwija. Oni mieli nadzieję, że po wstąpieniu
Polski do Unii „przyjdzie Niemiec i zrobi porządek”. Im nawet
do głowy nie przychodzi, że „Niemiec” do tego nie jest potrzebny.
Są jeszcze Polacy, którzy potrafią zadbać o Polskę. Co prawda
„Hitler i Stalin zrobili co swoje”, ale została jeszcze garstka
niedobitków, którzy myślą kategoriami dobra wspólnego, a nie tylko
o tym ile „ukraść” dla siebie i swoich towarzyszy. Urośli też
ich następcy. Dlatego ja się nie boję powiedzieć NIE Unii Europejskiej.
I
zachęcam wszystkich aby też się nie bali.
Krzysztof
Bukiel – przewodniczący Zarządu Krajowego OZZL
22
maja 2003r.
|