|
POLSKIE AKWARIUM
Zdziwienie Krzysztofa Panasa werdyktem Trybunału nie wywołuje
zdziwienia. W tym konflikcie właśnie szef NFZ był najbardziej
stanowczym i bezkompromisowym rzecznikiem wadliwego systemu.
Odrzucał jakąkolwiek formę dialogu, kompromisu.
Jego zdziwienie jest jednak zrozumiałe. Kryje się za nim oportunistyczna
postawa człowieka, który może powiedzieć „robiłem to, co musiałem
robić w ramach prawa i posiadanych środków. Nieważne, że skazywałem
tysiące ludzi na brak opieki medycznej. Dura lex sed lex.”
Dramatem polskiego państwa jest rozdźwięk między konstytucją,
a niewydolnością gospodarki i kreowanymi - w rezultacie tej niewydolności
- przepisami niższego rzędu.
Dług Państwa wobec własnych obywateli jest gigantyczny. Ma skalę
dorobku materialnego dwóch pokoleń. W czasach komunizmu zostaliśmy
okradzieni przez własne państwo, a raczej ludzi nim władających,
a umożliwił to narzucony nam system. Rzecz w tym, że istocie
system się nie zmienił. Nadal funkcjonuje identycznie. Nasze
pieniądze giną w przepastnym budżecie i megainstytucjach, na
których czele stają „posłuszni wykonawcy prawa” w rodzaju Krzysztofa
Panasa i „naprawiacze” w rodzaju Mariusza Łapińskiego, których
misja polega na kamuflowaniu pozornymi ruchami „nagiej prawdy”.
Niektórzy z nich zręcznie kroją sobie z tego tortu pozornie maleńki
okruszek, wystarczający jednak, aby samemu „rosnąć w siłę i żyć
dostatniej”.
W Polsce demokratyzacji uległo niemal wszystko. Poza pieniądzem
i stanowieniem urzędników sterujących instytucjami odpowiedzialnymi
bezpośrednio za codzienne życie obywateli. Polak nie wybiera
bezpośrednio swojego szeryfa (komendanta posterunku policji),
ani sędziego pokoju, swego wojewody, ani naczelnika gminy. Nie
stanowi, kto będzie dyrektorem szkoły dla jego dzieci. Nie decyduje,
czy najpierw wyremontować drogę lokalną, która łączy się z arterią
komunikacyjną, czy najpierw tę do nowej willi starosty. Polak
współtworzy swymi pieniędzmi NFZ, ale nie ma nic do powiedzenia
na temat kadr, które te pieniądze będą wydawać. Polak z przerażeniem
czyta o zaległościach ZUS wobec II filaru, świadomy, że państwo
pożyczyło sobie jego pieniądze bez wiedzy i zgody ich właściciela
i na dodatek – w majestacie prawa” pokazuje mu „gest Kozakiewicza”.
Znamienne, że jedynym, którego Polak de facto może sobie wybrać
jest lekarz rodzinny, choć i ten wybór z natury rzeczy jest ograniczony.
Gdy okazuje się, że lekarze nie chcą być jedynymi de facto wybieranymi,
bo nie uśmiecha im się rola pierwszego ogniwa fikcji, jaką jest
opieka zdrowotna w Polsce, Ci „nominowani” w rodzaju Krzysztofa
Panasa uznają to za afront i dziwują, że racja lekarzy ma opokę
w konstytucji.
W modelu polskiej demokracji w podstawowych, życiowych kwestiach
Polak zdany jest lekarza, który nie ma środków, aby leczyć i....
na partie polityczne, z których każda rozgrywa własną partię.
Jej głównym celem jest wyeliminowanie przeciwnika. Bo przecież:
na „bezrybiu i rak ryba”.
Polska ciągle nie jest krajem demokratycznym. Dlatego znakomicie
pływają w tej mętnej wodzie żarłoczne rybki z gatunku panasków,
wieczerzaczków, huszczaczków, łapinasków, rywinasków i żerują
sobie swobodnie na plotkach z gatunku kowalskich. A króluje temu
smutnemu akwarium nasz piskorz, któremu coraz częściej przychodzi
mówić „Nie uchylam się od odpowiedzialności za fiasko..... „
i z nadzieją spoglądać na swą piękną żonę.
Janusz Ratok
(autor nie jest lekarzem)
|