|
Dlaczego obecny rząd nie zdoła naprawić służby
zdrowia?
Artykuł ukazał się w „Służbie zdrowia”
„Pańskie wystąpienie ma charakter polityczny i nie dotyczy problemu,
o którym tutaj mówimy” – taki mniej więcej sens miała wypowiedź
pani Jarugi – Nowackiej, wicepremiera odpowiedzialnego za sprawy
społeczne w rządzie Marka Belki, skierowana do mnie w czasie
spotkania z delegacją demonstrujących pracowników służby zdrowia
i starostów w dniu 12 maja 2004r w Warszawie. Rzeczywiście
– formalnym powodem demonstracji nie były jakieś tam „sprawy
polityczne”, tylko konkretny problem: ogromne zadłużenie szpitali
powiatowych, wynikające w dużej mierze z konieczności zrealizowania
tzw. ustawy 203. Zupełnie podobne słowa o „politycznym charakterze”
mojej wypowiedzi usłyszałem jakieś 7 lat temu od premiera Cimoszewicza,
który zaprosił do URM-u przedstawicieli różnych środowisk medycznych
aby usłyszeć ich opinie o projekcie reformy służby zdrowia,
przygotowanym przez ówczesny rząd. Widać zatem wyraźnie, że
postawa rządzących wobec problemów opieki zdrowotnej w Polsce
pozostaje ciągle taka sama. Sądzą oni mianowicie, że można
je rozwiązać bez podejmowania najważniejszych, politycznych
decyzji, dotyczących istoty funkcjonowania państwa. Dlatego
zgłaszają całe mnóstwo różnorodnych propozycji zmian, ale wszystkie
one mają jedną cechę: nie przekraczają pewnych, założonych
granic, właściwie niezmiennych od 50 lat. Te granice są następujące:
1. ilość środków publicznych przeznaczonych na opiekę zdrowotną
jest niemożliwa do zwiększenia,
2. wszystkie – praktycznie – świadczenia zdrowotne są „bezpłatne”,
3. państwo musi sprawować bezpośrednią kontrolę nad szpitalami,
4. płatnik dysponujący publicznymi środkami musi być monopolistą.
Nie chcąc zmienić tych podstaw ustrojowych, kolejni reformatorzy
służby zdrowia proponują zmiany w istocie drugorzędne lub nawet
trzecioplanowe. Zmieniają zatem nazwę płatnika, ilość jego oddziałów
i ich samodzielność, sposób powoływania dyrektorów, zasady „społecznej
kontroli” nad płatnikiem, stopień centralizacji decyzji, sposób
przepływu pieniędzy, formy organizacyjne szpitali, itp. itd.
Zmieniając bardzo wiele, nie zmieniają rzeczy najważniejszych.
Nie inny charakter ma przedstawiona przez rząd propozycja ustawy,
która ma zastąpić ustawę o NFZ. Tymczasem, pozostawanie w tych
sztywnych ramach nie pozwala tak naprawdę na rozwiązanie jakiegokolwiek
istotnego problemu polskiego lecznictwa. Co najwyżej zamienia
jeden problem na drugi. Tak było w przypadku niedawnego konfliktu
NFZ z Porozumieniem Zielonogórskim, kiedy to problem niedofinansowania
POZ zamieniono na niedofinansowanie refundacji leków. Taki sam
charakter miała wspomniana na wstępie „ustawa 203”, za pomocą
której problem niskich płac pracowników służby zdrowia zamieniono
na problem zadłużenia szpitali. Ówczesny rząd uwierzył swojej
własnej propagandzie, że nastąpi cudowne rozmnożenie pieniędzy
w wyniku zapisu ustawowego i problem niedofinansowania lecznictwa
przestanie istnieć, bez naruszania wspomnianych wcześniej fundamentów
ustrojowych.
Zapewne podobną wiarę przejawia pani Premier Jaruga Nowacka,
a obawiam się, że również niektórzy pracownicy służby zdrowia
i część starostów, gdy uważają, że zadłużenie szpitali wynikające
z ustawy 203 będzie można zlikwidować jakimś jednorazowym działaniem,
które nie miałoby charakteru „politycznego”, na przykład wyemitowaniem
kolejnych obligacji przez NFZ, skarb państwa czy samorządy. Obligacje
to oczywiście tylko pożyczka, którą ktoś kiedyś będzie musiał
spłacić, a wiec znowu zamiana jednego problemu na drugi. Ale
nawet nie to jest najważniejsze, tylko fakt, że nawet największa
pożyczka ma jednak skończoną wartość. Tymczasem skutki wynikające
z ustawy 203 są – w obecnej sytuacji – nieskończone. Owe 203
złote i jeszcze 110 w roku następnym to nie jednorazowa premia,
ale stałe podniesienie wynagrodzeń personelu medycznego. Żeby
zatem rozwiązać problem „ustawy 203” nie wystarczy jednorazowo
pokryć dzisiejsze długi szpitali, bo już od jutra zaczną narastać
nowe. A przecież nie będziemy co roku wydawać kolejnych obligacji
na pokrycie kolejnych długów.
Problem „ustawy 203” to jedynie odbicie dużo większego problemu
naszej służby zdrowia, właściwie podstawowego, którym jest głęboka
nierównowaga między ilością pieniędzy przeznaczonych na lecznictwo,
a ilością świadczeń, jakie za te pieniądze należy sfinansować.
Nierównowagę tę można zniwelować tylko na trzy sposoby:
1. pozostawić wszystko „za darmo” i znacząco zwiększyć ilość
środków publicznych, przeznaczonych na lecznictwo,
2. ograniczyć ilość świadczeń bezpłatnych i pozostawić tę samą
co dzisiaj ilość środków publicznych, przeznaczonych na służbę
zdrowia,
3. zwiększyć nieco ilość środków publicznych i zmniejszyć nieco
ilość świadczeń bezpłatnych.
W praktyce, ten pierwszy sposób jest najgorszy. Można by co
prawda taką drogą osiągnąć na jakiś czas stan równowagi, ale
po pierwsze wzrost nakładów ze środków publicznych musiałby być
ogromny, a po drugie równowaga nie byłaby trwała, bo wzrastający
popyt na leczenie, przy jego zerowej cenie dla pacjenta, byłby
tak wielki, że ilość środków należałoby zwiększać w postępie
geometrycznym, aż zabrakłoby ich w budżecie państwa. Jeśli chce
się osiągnąć trwałą równowagę między ilością pieniędzy a ilością
świadczeń, trzeba przewidzieć trwały udział środków prywatnych
w finansowaniu lecznictwa – w postaci bezpośrednich dopłat pacjentów
do niektórych świadczeń i dobrowolnych ubezpieczeń dodatkowych,
„umocowanych” na tych dopłatach.
Rząd, który odważy się na wprowadzenie takich dopłat musi mieć
duży autorytet w społeczeństwie. Musi również wykazać, że działania
te nie są pomyślane jako zdejmowanie obowiązku z państwa, które
ściągając podatki, nie chce wykonywać swoich zadań ale, że są
one konieczne dla efektywnego funkcjonowania służby zdrowia.
Dlatego, razem z wprowadzeniem dopłat, rząd musi wprowadzić zwiększenie
finansowania lecznictwa ze środków publicznych, aby ludzie zauważyli,
że „rząd daje też coś od siebie”. Zwiększenie ilości środków
publicznych na opiekę zdrowotną jest możliwe – wbrew temu, do
czego próbują przekonać nas politycy. Musi się to jednak wiązać
ze zmianą priorytetów w wydatkach publicznych. Trzeba ograniczyć
biurokrację, zlikwidować różne dziwne „agencje”, „fundacje”,
„fundusze” itp. itd.. Trzeba zmniejszyć udział państwa w gospodarce
i zlikwidować dofinansowanie państwowych przedsiębiorstw. Aby
to się stało, rządzący muszą przestać traktować państwo jak swój
folwark, a posady obsadzane przez zwycięską ekipę jak polityczny
łup, który należy rozdzielić pomiędzy wiernych towarzyszy partyjnych.
To jest też oczywiście możliwe, ale tylko wtedy, gdy zmieni się
sposób funkcjonowania partii politycznych w państwie. Gdy w cenie
nie będą wierni pretorianie, chociażby najgłupsi, ale wykonujący
ślepo polecenia „centrali”, lecz samodzielnie myślący, znający
swoją wartość i mający autorytet – lokalni działacze, których
nie trzeba będzie „obdarowywać” politycznymi łupami po zwycięskich
wyborach. Tak funkcjonują partie w systemie wyborczym opartym
na jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW), gdzie wybiera
się parlamentarzystów na zasadzie większościowej: „zwycięzca
bierze wszystko”. O sukcesie wyborczym danego ugrupowania nie
decyduje wówczas armia oddanych „centrali” działaczy, którzy
organizują kampanię, zbierają podpisy, mobilizują wyborców, ale
pojedynczy kandydaci, którzy - im są bardziej samodzielni i myślący
- tym dają większą szansę na zwycięstwo w swoim okręgu wyborczym.
Gdy chce się obciążyć pacjentów bezpośrednimi dopłatami do leczenia,
trzeba oczywiście stworzyć warunki aby ludzi stać było na te
dopłaty. Nie będzie to możliwe przy tak wielkim bezrobociu i
ogromnym fiskalizmie państwa. Żeby to zmienić trzeba przeprowadzić
znaczącą zmianę systemu podatkowego, odciążając zwłaszcza opodatkowanie
pracy. Znakomity projekt w tej materii już istnieje. Jest nim
propozycja ustawy o likwidacji bezrobocia i naprawie finansów
publicznych, autorstwa Centrum im. Adama Smitha, który – w formie
obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej – trafi już wkrótce pod
obrady sejmu.
Widać zatem wyraźnie, że wychodząc od tak – wydawałoby się „apolitycznego”
i tak izolowanego problemu, jakim jest wypłata ustawowych podwyżek
dla pracowników służby zdrowia, doszliśmy do konieczności dokonania
najbardziej zasadniczych zmian w funkcjonowaniu naszego państwa.
Zdaje sobie sprawę z tych zależności Ogólnopolski Związek Zawodowy
Lekarzy. Dlatego od lat angażujemy się nie tylko w działania
roszczeniowe, typowe dla związków zawodowych, ale również w przedsięwzięcia,
które traktowane są jako „polityczne”. Już w 1996 roku, w wielotysięcznej
demonstracji lekarzy w Warszawie nieśliśmy transparent z hasłem:
”Chore państwo – chora służba zdrowia”, aby zwrócić uwagę politykom
i zwykłym ludziom, że klucz do naprawy lecznictwa leży w reformie
państwa. Dlatego zaangażowaliśmy się również w zbieranie podpisów
pod wspomnianym projektem ustawy Centrum im. Adama Smitha, jesteśmy
także uczestnikiem społecznego ruchu na rzecz wprowadzenia jednomandatowych
okręgów wyborczych (JOW) i już wkrótce zaczniemy zbierać podpisy
pod obywatelskim wnioskiem o przeprowadzenie referendum w tej
sprawie.
Obawiam się jednak, że nasi „ukochani przywódcy” jeszcze nie
widzą problemów służby zdrowia w tak szerokiej perspektywie.
Pewnie dlatego pani wicepremier skarciła mnie za „politykowanie”
zamiast zajęcie się konkretnym problemem. I dlatego też obecny
rząd nie zdoła – moim zdaniem - naprawić służby zdrowia w Polsce.
Krzysztof Bukiel – Przewodniczący Zarządu
Krajowego OZZL
Stargard 14 maja 2004r.
|