O nas Sprawy organizacyjne Poczta do ZK OZZL Archiwum
Aktualności
Konferencje prasowe
Opinie prawne

Wampiriada
RYSZARD KIJAK

Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o publicznej służbie krwi oraz o zmianie ustawy o zakładach opieki zdrowotnej znalazł się w Sejmie 3 grudnia 2002 r. W podkomisji zdrowia utknął 11 lutego 2003 r., a zupełnie niedawno, sprawozdaniem podkomisji nadzwyczajnej, dotyczącym tego projektu, zajęła się sejmowa Komisja Zdrowia.
Powody owego zapóźnienia są dwa. Pierwszy to ten, że sejmową Komisję Zdrowia tak wyczerpała (intelektualnie) mozolna i wytężona praca nad ustawą o Narodowym Funduszu Zdrowia, że nie może się ona jeszcze z tego otrząsnąć. Zresztą, płodności tej Komisji nijak nie da się porównać z płodnością Komisji Zdrowia poprzedniej kadencji. Wtedy to dopiero było tempo, że hej! Aż podziw brał.
Drugim powodem poślizgu jest fakt, iż w ostatnich kilku miesiącach prawdopodobnie trudno było znaleźć takiego przedstawiciela strony rządowej, który mógłby Komisji tłumaczyć, o co autorom tego właśnie projektu (i kilku innych) w gruncie rzeczy chodziło. Projekt został bowiem zgłoszony za panowania min. Mariusza Łapińskiego, a w lutym referował go na posiedzeniu Komisji wicemin. Aleksander Nauman, który jednak akurat był w trakcie procesu wyrzucania go z tego stanowiska przez następcę Łapińskiego, min. Marka Balickiego, miał zatem większe problemy, niż jakaś tam ustawa.
Sam Balicki pewnie nawet nie zdążył zakonotować w swej świadomości, że taki projekt w ogóle znajduje się w Sejmie. A obecny minister zdrowia Leszek Sikorski przypuszczalnie jest dopiero w trakcie odbudowywania kadry, bo przecież każdy nowy minister zdrowia za punkt honoru obierał sobie zmianę obsady większości kluczowych stanowisk w ministerstwie, nie tylko zresztą na poziomie wiceministrów, ale również – dyrektorów departamentów, a nawet niżej.
Zanim ci wszyscy nowi ludzie, przyjęci po zdziesiątkowaniu ministerstwa, zorientują się, na których piętrach i po której stronie mają swoje gabinety, gdzie i co w nich leży, jak mają na imiona ich sekretarki, oraz co się znajduje w Sejmie i z jaką intencją, będzie musiało upłynąć trochę czasu. Dopiero wtedy zabiorą się oni do roboty merytorycznej, o ile oczywiście wcześniej nie wylecą z tego urzędu na fali kolejnych zmian, co nie jest znów takie nieprawdopodobne.
Ustawa o zmianie ustawy o publicznej służbie krwi rozpatrywana jest więc w tempie żółwim, a tymczasem zakłady opieki zdrowotnej, w ramach oszczędności, sukcesywnie likwidują swoje punkty krwiodawstwa, banki krwi oraz pracownie serologii, i przekazują te wszystkie zadania do regionalnych centrów krwiodawstwa i krwiolecznictwa. Zwalniają fachowy personel, likwidują aparaturę, przeznaczają pomieszczenia na inne cele. Spośród 500 punktów pobierania krwi, pozostało ich już zaledwie 300.
Owszem, w pierwszym roku po przejęciu tej działalności przez regionalnego monopolistę, szpitale mogą liczyć na pewien zysk. Monopolista, dla zachęty, na pierwszy rzut, z pewnością zaproponuje korzystne warunki. Ale nie na drugi.
Ponieważ przepisy prawa zabraniają handlowego obrotu krwią, płaci się za robociznę (przygotowanie preparatów) i za dodatkowe składniki. Dotychczas, różnice w cenach preparatów pomiędzy różnymi centrami regionalnymi wynosiły 45 proc. Ostatnio jednak regionalne centra dobrowolnie ustaliły jednolite ceny preparatów. Załączony do projektu zmiany ustawy o publicznej służbie krwi projekt rozporządzenia w sprawie jednolitych cen przewiduje ich zrównanie w całym kraju. Ale nie da się przecież wykluczyć zmowy szefów regionalnych centrów w celu podnoszenia cen. I to by był ten drugi rzut, a następnie trzeci, itd.
Projekt zmiany ustawy o publicznej służbie krwi, oraz projekt innego rozporządzenia do tej ustawy, przewidują m.in., iż organizacja krwiolecznictwa w zakładzie opieki zdrowotnej powinna zapewniać niezwłoczne, całodobowe zaopatrzenie oddziałów w krew i preparaty krwiopochodne. W szpitalu, w którym nie działa terenowy oddział regionalnego centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa, powoływany ma być bank krwi, zajmujący się składaniem zamówień na krew i preparaty krwiopochodne zgodnie z zapotrzebowaniami oddziałów szpitala, przechowywaniem ich i wydawaniem na oddziały.
Skończą się wreszcie niedopuszczalne sytuacje, o których mówiłem na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji Zdrowia, kiedy to szpital wysyła karetkę do odległego o kilkadziesiąt kilometrów centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa, gdyż stan pacjenta wymaga natychmiastowej hemoterapii, w karetce krew jest wyjmowana z pojemnika, aby można ją było natychmiast przetoczyć, a w tym czasie chory umiera, i krwi nie da się już zwrócić. Poszukiwany jest wówczas w szpitalu inny pacjent z tą samą grupą, u którego istnieją chociaż względne wskazania do przetoczenia krwi, a jeśli się go nie znajdzie, krew trafia do zlewu.
Min. Aleksander Nauman uznał ten zarzut za absurdalny i nieprawdziwy, a przewodnicząca Komisji Zdrowia Barbara Błońska-Fajfrowska wyraziła swoje głębokie zdziwienie, że komuś toczy się krew na siłę. Niestety, był to przykład jak najbardziej autentyczny, a że nie odosobniony – potwierdzili to inni posłowie. Poza tym, sama jazda karetki z pobraną na krzyżówkę krwią pacjenta, jej krzyżowanie, i powrót, zajmuje parę godzin, co wcale nie zwiększa szans pacjenta na przeżycie, a wręcz przeciwnie.
Konieczność racjonalnego uregulowania tego problemu podkreślił poseł Stanisław Jarmoliński. Powiedział on, iż nie wie, czy krew jest wylewana do zlewu, czy nie, ale wie, że istotnie decyzja o likwidacji krwiodawstwa w szpitalach była decyzją nonsensowną. Krew należy przygotowywać tam, gdzie ją się podaje, bo najczęściej krew potrzebna jest natychmiast.
A zatem należy się spodziewać, iż wcześniej czy później ustawa o zmianie ustawy o publicznej służbie krwi ujrzy światło dzienne. I wówczas zapłaczą ci, którzy połakomili się na domniemane oszczędności. Bo albo będą musieli wpuścić na swoje podwórko terenowy oddział regionalnego centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa, udostępnić mu swoje pomieszczenia, i płacić za usługi sztywną cenę, albo będą odbudowywać to, czego się tak łatwo i pochopnie pozbyli.
Tak czy inaczej, przynajmniej tu zyska chory. Bo dzisiaj czas oczekiwania pacjenta na krew nie może się wydłużać, jak to się dzieje obecnie. Powinien być coraz krótszy. Wielokrotnie jest to bowiem prosta kwestia życia lub śmierci.