Czy minister zakaże bezprawnego
leczenia posła ?
Od pewnego czasu nieomal na oczach całej Polski rozgrywa się
dramat jednego z posłów, który ciężko zachorował i musi zmagać
się nie tylko z chorobą ale również z dysfunkcjonalnym systemem
opieki zdrowotnej w naszym Kraju. Likwidacja uprzywilejowanego
dostępu do leczenia dla tzw. VIP-ów, spowodowała, że osoby
z kręgów władzy po raz pierwszy doświadczyły jak faktycznie
wygląda funkcjonowanie tzw. bezpłatnej i powszechnej służby
zdrowia.
Szokujący dla nich okazał się zwłaszcza fakt, że osoba potrzebująca
pomocy musi czekać na nią niekiedy tak długo (wiele miesięcy
lub lat). Nic więc dziwnego, że najbliżsi chorego posła zaczęli
szukać możliwości ominięcia kolejki. Jedynym sposobem okazało
się leczenie odpłatne i zapewne nie spowodowałoby to żadnego
społecznego oddźwięku, gdyby nie fakt, że to odpłatne „bezkolejkowe”
leczenie ma się odbywać w szpitalu publicznym. Dyrektor (komendant)
szpitala stwierdził, że nie widzi w tym nic złego, bo szpital
i tak ma „wolne moce przerobowe”, wobec niewielkich limitów,
przyznanych przez NFZ.
Tymczasem, gdy pod koniec ubiegłego roku, dyrektorzy szpitali
publicznych, po wyczerpaniu limitów, chcieli leczyć odpłatnie
tych pacjentów, którzy wyrazili na to zgodę ( aby tylko nie czekać
na pomoc w wielomiesięcznych kolejkach) minister zdrowia zagroził
dyrektorom sankcjami karnymi, bo jego zdaniem takie działanie
jest bezprawne. Minister oparł się na art. 34 ust. 1 w powiązaniu
z art. 33 ust. 1 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej. Wynika
z nich, że publiczny zakład opieki zdrowotnej może pobierać –
od osób uprawnionych do bezpłatnej służby zdrowia – pieniądze
za świadczenia zdrowotne, jeżeli „przepisy odrębne przewiduję
odpłatność za ich udzielanie”. Ponieważ - zdaniem ministra –
nie ma takich przepisów, szpital publiczny pieniędzy pobierać
nie może. Całe rozumowanie ministra zdrowia zasadza się na jednej
tezie: uprawnień do bezpłatnego leczenia w szpitalach publicznych
obywatel nie może się zrzec, nawet gdy jest to korzystniejsze
dla jego zdrowia, a ten kto oświadcza, że się takich uprawnień
zrzeka i tak pozostaje „uprawniony”. Jeśli zatem potrzebne leczenie
jest dostępne tylko w szpitalu publicznym, pacjent powinien albo
czekać na leczenie w kolejce, albo ... umrzeć. Nie wolno mu zapłacić
za leczenie „bezkolejkowe”.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy ostro zaprotestował przeciwko
takiemu rozumowaniu. Naszym zdaniem, interpretacja prawa przedstawiona
przez ministra narusza konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia
(art. 68. ust. 1 Konstytucji), które ma pierwszeństwo przed innymi
przepisami. Prawo to bowiem pozwala każdemu na podejmowanie przez
niego takich działań (legalnych), które – w jego opinii – najlepiej
przysłużą się jego zdrowiu. Jeśli zatem ktoś uzna, że dla jego
zdrowia lepiej będzie leczyć się „bezkolejkowo” i ma środki aby
to zrealizować – konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia zapewnia
mu to. Dotyczy to również leczenia odpłatnego w szpitalach publicznych,
bo dobrze wiadomo, że wiele świadczeń jest udzielanych tylko
w szpitalach publicznych, albo w tych szpitalach mają wyższą
jakość. Jeśli do tego dodać, że odpłatne leczenie „bezkolejkowe”
w szpitalach publicznych jest oferowane w ramach „wolnych mocy
przerobowych”, czyli po wyczerpaniu limitów przyznanych przez
publicznego płatnika, to doprawdy trudno znaleźć rozsądne uzasadnienie
zakazu podejmowania takiego leczenia.
Wychodząc z takiego założenia OZZL złożył doniesienie do prokuratury
o popełnieniu przestępstwa przez ministra zdrowia, polegającego
na przekroczeniu przez niego uprawnień i działaniu na szkodę
interesu publicznego lub prywatnego czyli z art. 231 §1 kodeksu
karnego. Minister określił nasze działanie jako niepoważne. Prokuratura
nie dopatrzyła się w postępowaniu ministra przestępstwa, uznając,
że jego interpretacja prawa jest właściwa. Nie odniosła się ona
jednak do zasadniczego zarzutu OZZL, że taka interpretacja narusza
Konstytucję. Uznała bowiem, że nie ma uprawnień do badania zgodności
ustaw z konstytucją.
Dzisiaj – za sprawą nagłaśnianej przez media choroby jednego
z posłów – problem staje się znowu aktualny. Jest on też bardziej
wyrazisty, bo na konkretnym przykładzie, osoby powszechnie
znanej, pokazuje jakie skutki musi rodzić takie zastosowanie
prawa, jak proponował minister zdrowia. Jeśli minister jest
konsekwentny, powinien teraz ukarać dyrektora szpitala publicznego,
który przyjął chorego posła, albo zgłosić do prokuratury fakt
złamania prawa. Minister powinien również spowodować przerwanie
tego leczenia, jako działania bezprawnego, co nie będzie trudne,
bo proces leczenia posła nie będzie krótkim, jednorazowym aktem,
tylko długotrwałą terapią. Jak zachowa się pan minister, czy
znowu stwierdzi, że jesteśmy niepoważni, tym razem dlatego,
że wzywamy go do realizacji tego, co głosił?
Przypadek posła wskazuje na jeszcze jedną istotną prawdę, której
nie chcą dopuścić do siebie politycy, zwłaszcza ci, którzy chcą
uchodzić za „obrońców ludu”. Prawda ta jest następująca: ludzie
bardziej cenią sobie pewność w uzyskaniu potrzebnego leczenia
niż zupełną jego bezpłatność. Dlatego – w chwilach decydujących
o zdrowiu i życiu – wolą zapłacić i mieć leczenie już, niż nie
płacić i czekać w niepewności jak to się skończy. Tak przynajmniej
myśli znacząca większość z nas. Gdy w lipcu ub. roku instytut
Pentor przeprowadził – na zlecenie OZZL – badanie opinii społecznej,
którego wyniki wskazały, że 70 % respondentów zgodziłoby się
na dopłaty do świadczeń zdrowotnych, byleby tylko mieć pewność,
że dostęp do nich będzie „bezkolejkowy”, część ekspertów i niektórzy
dziennikarze zarzucili badaniu nierzetelność. Dzisiaj, po raz
kolejny, nieomal na oczach całej Polski, jesteśmy przekonywani
o prawdziwości jego wyników. .
Krzysztof
Bukiel – przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego
Związku Zawodowego Lekarzy
Stargard Szczeciński 23 czerwca 2005r.
|