O nas Sprawy organizacyjne Poczta do ZK OZZL Archiwum
Aktualności
Konferencje prasowe
Opinie prawne

„Gazeta Lekarska” Nr 1/2006

Pieniaczka
Ryszard Kijak

            Nawet w doskonale funkcjonującym szpitalu trafi się jakiś malkontent, swoimi intrygami potrafiący zepsuć misternie zaplanowaną przez dyrekcję dalekosiężną strategię, której – jako ignorant – po prostu nie rozumie.
            Taka to właśnie osoba ujawniła się pewnego dnia w jednym z zakładów, gdy tylko awansowała na stanowisko kierownicze. Wywoływane przez nią ciągłe konflikty i rzucanie pomówień na niewinnych podwładnych oraz przełożonych zaowocowały utratą dobrego wizerunku lecznicy, zniechęceniem pacjentów i podłą atmosferą wśród załogi. Najgorsze jest jednak to, że rozrabiaczka w ogóle nie pojęła rozmiaru szkód, jakich się dopuściła, i nadal usiłuje udowadniać swoje rzekome, wydumane racje.

Nie zaczepiać miłych panów
Zaczęło się od tego, że doktor Hermenegilda B. stwierdziła pewnego razu, iż kilku pracowników podległej jej jednostki organizacyjnej szpitala uprawia szarą strefę. Wykryła mianowicie, że udzielają oni nagminnie – na własny rachunek – świadczeń pacjentom nie posiadającym skierowań. Prym wiódł działacz związkowy, a więc – zdaniem dr B. (zwanej potocznie Hermą) – człowiek bardzo przydatny dyrekcji, co zapewniało mu absolutną bezkarność. Odpowiedzialność za swoją pracę rozkładał on dość równomiernie w zespole, gdyż posługiwał się insygniami kolegów. Oczywiście tylko wtedy, gdy był w pracy. Bo gdy go nie było (w godzinach służbowych), robotę za niego odwalała zatrudniona tamże jego żona, a on sam pracował w tym czasie w swoim gabinecie prywatnym.
Gdy dr Herma zgłosiła te fakty dyrektorce, dowiedziała się z głębokim zaskoczeniem, iż ów pracownik jest „bardzo miłym panem”, i jeśli będzie się go dalej czepiała, to wyleci z pracy.
No i bardzo słusznie. Bo przecież obwiniany przez dr Hermę związkowiec w pionierski sposób realizował zasadę współpłacenia pacjenta za świadczenia medyczne, o co środowisko medyczne dopomina się nie od dziś. Jest to świetna promocja placówki, która w ten sposób staje się dostępna dla wszystkich. Nie tylko dla tych, za których NFZ płaci już teraz, ale i dla tych, za których chwilowo nie może zapłacić z powodu przekroczenia przez szpital limitu, a zapłaciłby dopiero za rok lub dwa. Pacjent zaś nie chce czekać i woli dopłacić, żeby skorzystać ze świadczenia, zanim umrze. Taka polityka będzie procentowała w przyszłości, ponieważ w chwili kiedy otworzony zostanie rynek świadczeń medycznych, wszyscy pacjenci będą pamiętali, że tu obsłużono ich poza kolejką, dobrze i tanio. Że jest to świetny szpital, do którego zawsze warto pójść. No i, co ważne, sprzęt wykorzystany jest ekonomicznie, zamiast pokrywać się kurzem i rdzewieć. Nie zdając sobie sprawy z tego wszystkiego i patrząc na tę cenną inicjatywę krótkowzrocznie, dr Herma B. stała się hamulcem postępu i rozwoju świadczeń medycznych, zaplanowanego już dawno przez przewidującą dyrekcję.
A co do wypominania komuś, że jest związkowcem i robi co chce, to gruba przesada. Przecież od tego oni są, ci związkowcy, żeby robili co chcieli. Co prawda jeśli działacz popełnia przestępstwo, to można się go pozbyć mimo parasola ochronnego (przykładem jest pewien funkcyjny z pogotowia ratunkowego w Łodzi), ale zależy co nazwiemy przestępstwem. Bo na pewno nie jest nim ułatwianie pacjentowi dostępu do świadczeń medycznych. Dostęp ten jest bowiem najważniejszy, i jest to dobro wyższe, niż te parę groszy, które trafi bezpośrednio do kieszeni wykonawców. Zresztą, dzięki temu nie dopominają się oni o podwyżkę, co jest zbawienne dla finansów szpitala. No a to, że w czasie godzin pracy działacz urzęduje w swoim gabinecie prywatnym, jest dowodem jego zdolności do racjonalnego wykorzystania czasu, a nie powodem do krytyki.

Nie wymądrzać się przed sądem
Jak wynika z powyższego, dr Herma nie miała racji, więc za jej wybryk spotkał ją zasłużony odwet. Bezpodstawnie pomówiony związkowiec zorganizował (w pełni aprobowaną przez dyrekcję) akcję przeciwko swojej kierowniczce. Akcja polegała na zebraniu wśród pracowników podpisów pod petycją domagającą się zwolnienia dr Hermy z pracy. Ci, którzy odmawiali podpisania, byli informowani, że będą następnymi do zwolnienia. Dyrekcja, jak na zamówienie, otrzymała plik anonimowych skarg od pacjentów na zachowanie kierowniczki jednostki, a awaryjność aparatury, za którą ona odpowiadała, całkiem przypadkowo gwałtownie wzrosła.
Oczywiście dyrekcja też nie pozostała bezczynna. Przez dwa lata nie przyjmowała od dr Hermy miesięcznych kart dyżurowych i nie wypłacała jej wynagrodzenia za nadgodziny. Ta jednak złośliwie zbierała wszystkie niezbędne dokumenty, w tym m.in. skierowania pacjentów na badania, na podstawie których była wzywana do pracy. Przy najbliższej okazji bezczelnie udostępniła je kontrolującemu zakład inspektorowi Państwowej Inspekcji Pracy. W ten sposób oszukała dyrekcję po raz pierwszy (ale nie ostatni, niestety).
Natychmiast po kontroli dyrekcja wezwała ją na dywanik i poleciła, aby w jej obecności dokumenty zostały zniszczone, w przeciwnym razie wyleci na bruk. Kierowniczka wykonała polecenie, i było to drugie niegodziwe oszustwo, które wydało się dopiero podczas rozprawy przed sądem pracy, do którego dr Herma zwróciła się z pozwem przeciwko szpitalowi, gdyż doszła do niezrozumiałego dla mnie wniosku, iż dzieje się jej jakaś krzywda. Dyrekcja, mając pewność, iż uzasadniająca pozew dokumentacja już nie istnieje, w odpowiedzi przedłożonej sądowi z całym spokojem i stanowczością stwierdziła, iż dr Herma B. wcale nie dyżurowała i nie miała żadnych nadgodzin. Rozprawa przybrała jednak bardzo dramatyczny i niespodziewany dla dyrekcji obrót, gdyż w czasie przewodu powódka nagle wyjęła z teczki całą swoją nieistniejącą rzekomo dokumentację i okazała ją wysokiemu sądowi. Strona pozwana doznała szoku. Okazało się, że papiery, które dr Herma podarła w gabinecie dyrektorskim, były jedynie… kserokopiami. A oryginały czekały sobie spokojnie na swoją kolej. I się doczekały.
Oszustka dopuściła się zatem trzech ciężkich przestępstw, ponieważ: nielegalnie kolekcjonowała dokumentację świadczącą o tym że pracowała na dyżurach i po godzinach bez wynagrodzenia, zniszczyła kopie tych dokumentów zamiast oryginały, a oryginały pokazała dopiero w sądzie, zamiast załączyć je do pozwu, tak aby dyrekcja wiedziała, że istnieją one nadal. W ten sposób wielokrotnie wprowadziła zakładową władzę w błąd i wystawiła na szwank jej dobre imię, gdyż ukartowała sytuację, dzięki której dyrekcja myślała, że może bezkarnie kłamać sądowi. Nagłe i niespodziewane wyciągnięcie oryginałów i przedstawienie ich wysokiemu sądowi podczas rozprawy było podłością. Tak się przecież nie robi. W ten sposób można przyprawić dyrekcję o zawał serca. Jest to czysty brak lojalności, którą powinien się charakteryzować każdy pracownik w stosunku do swojego ukochanego pracodawcy. Zagrywka była nieczysta i niegrzeczna.

Nie słać pism do dyrekcji
Takich ekscesów zdarzyło się więcej. No bo po co na przykład kierowniczka Herma B. zgłaszała dyrekcji zastrzeżenia w sprawie oddania darowanego temu (i tylko temu) szpitalowi drogiego sprzętu gdzie indziej, w dodatku bez zdejmowania go ze stanu inwentarza? Po co wywodziła, że modernizacja budynku administracji (m.in. klimatyzacja, drzwi na fotokomórki, itp.) może poczekać, skoro w nadzorowanym przez nią pomieszczeniu odpadł kawał sufitu, który uszkodził aparaturę i o mało co nie zwalił się pacjentowi na łeb, a drugi podobny przypadek zdarzył się na trakcie prowadzącym do rejestracji? Po co artykułowała pretensje, że wystawianiem skierowań na dobrze płatne badania zajmuje się osoba niekompetentna, przez co skierowania te obarczone są wieloma brakami i błędami? Po co wyciągała taki drobiazg, że na izbie przyjęć niektóre druki wypełnia salowa, pisząc np. „natciśnienie tentnicze”? Po co odmawiała naciągania rodzaju wykazywanych procedur do takich, które są wyżej opłacane przez NFZ? Po co w ogóle zwracała się do dyrekcji z wieloma różnymi pismami, skoro, pod groźbą zwolnienia z pracy, otrzymała zakaz składania do dyrekcji jakichkolwiek pism?
Nic więc dziwnego, że wreszcie anielska cierpliwość dyrekcji uległa wyczerpaniu. No bo ileż czasu można znosić te ciągłe pretensje nie wiadomo o co, to utyskiwanie, ten zalew pism, ten bojkot poleceń. W końcu dr Herma B. doigrała się. Została pozbawiona stanowiska kierowniczego (tylko wielkoduszności dyrekcji można przypisać, że utrzymała się na nim znacznie dłużej niż miesiąc), a następnie wręczono jej wymówienie. I problem z głowy. Dr Herma twierdzi co prawda, że otrzymywała jeszcze telefony z różnymi pogróżkami i oskarżeniami, ale to na pewno jest wytwór jej chorej wyobraźni.

Nie zadawać głupich pytań
Niereformowalny charakter byłej kierowniczki wyraźnie widać w naiwnym pytaniu, które teraz zadaje: „Dlaczego z winy takich dyrektorów mamy dokonywać wyboru – zachować pracę i łamać prawo, czy postępować zgodnie z prawem i etyką lekarską, ale za cenę utraty pracy?”. Takie pytanie może sformułować tylko osoba wybitnie nieodpowiedzialna i zupełnie niezorientowana w sytuacji. Przecież kierownikiem jednostki organizacyjnej szpitala nie jest się po to, żeby bojkotować czy negować słuszne, mądre i przemyślane decyzje dyrekcji i pożyteczne działania hołubionych przez nią osób, tylko jest się po to, aby je tolerować, a co więcej – popierać z pełnym entuzjazmem, i aby w zamian móc sobie bezkarnie wykręcać lody na boku. Nie można przeszkadzać dyrektorowi, który jest jednocześnie menedżerem, w wykonywaniu jego zadań. Zadania te mogą się nam, prostaczkom, wydawać zupełnie niezrozumiałe, ale to nie znaczy, że naprawdę takimi są. Dyrektor zawsze wie lepiej.
Na szczęście takich narowistych pracowników z pieniackim charakterem, jak opisany wyżej beznadziejny przypadek, mamy w polskiej służbie zdrowia niewielu, dosłownie są to jednostki, a ci, którzy się wychylają, są słusznie i bezlitośnie eliminowani, ponieważ przeszkadzają dyrekcji w realizacji polityki służącej zarówno dobru pacjenta, jak i zakładu pracy oraz jego pracowników. Przynajmniej niektórych.
Postawa dr Hermy tak mnie zirytowała, że postanowiłem teraz ujawnić jej personalia, mimo iż zastrzegła te dane tylko do wiadomości redakcji. Ale co mnie to obchodzi. Tak lekkomyślne, skandaliczne i szkodliwe zachowanie musi być napiętnowane. Niech to będzie przestroga dla wszystkich, aby przypadkiem nie odważyli się iść w jej ślady i nie zadzierali z dyrekcją. A więc jest to lek. med. Hermenegilda Brzęczyszczykiewicz, specjalistka domniemanologii, lat 39, płci żeńskiej, zamieszkała we wsi Pieniacze przy ul. Ślepy Zaułek 22, a wywołany przez nią, pożałowania godny konflikt wystąpił w pobliskim SP WSzZ (Samodzierżnym Parapublicznym Wolnodewizowym Szpitalu Zniewolonym) im. Dyla Sowizdrzała w miejscowości Łapówka Zbójecka.
I dobrze jej tak, pieniaczce jednej!