„Gazeta Lekarska” Nr 12/2004
Unijny czas pracy a dyżury lekarskie
Zakładanie obroży na węża
Ryszard Kijak
Początkowo wydawało się, że postanowienia dyrektywy 93/104/WE
z 23 listopada 1993 r., zastąpionej później dyrektywą 2003/88/WE
Parlamentu Europejskiego i Rady z 4 listopada 2003 r., pozwolą
na ucywilizowanie wszystkich problemów związanych z czasem pracy
w Unii Europejskiej.
Okazało się jednak, że niektóre przepisy nie bardzo dają się
zastosować w odniesieniu do pracowników pełniących dyżury, w
tym m.in. do lekarzy. Nie mogą oni bowiem skorzystać nie tylko
z 11-godzinnego minimalnego okresu nieprzerwanego odpoczynku
dobowego, ale także często i z 24-godzinnego minimalnego nieprzerwanego
odpoczynku tygodniowego, a ich czas pracy znacznie przekracza
maksymalną 48-godzinną normę tygodniową, w którą wchodzą też
i godziny nadliczbowe.
Nieaktywny czas dyżuru
Niedawno więc Komisja Europejska przedstawiła Radzie projekt
zmiany dyrektywy 2003/88/WE {SEC(2004) 1154}. Przewiduje on:
wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy
w drodze ustawowej, udzielanie równoważnego okresu odpoczynku
w terminie nie przekraczającym 72 godzin, korzystanie z możliwości
indywidualnej zgody pracownika (klauzula opt-out) na zwiększenie
liczby godzin pracy do 65 tygodniowo tylko po uprzednim zawarciu
takiej ewentualności w układzie zbiorowym lub w porozumieniu
społecznym (z prawem bezpośredniego stosowania tej klauzuli
jedynie wtedy, gdy u danego pracodawcy nie ma przedstawicieli
pracowników uprawnionych do zawarcia układu lub porozumienia),
oraz nie wliczanie tzw. „nieaktywnego okresu dyżuru” do czasu
pracy.
Polskiemu rządowi treść tych poprawek nie odpowiada. Popiera
on co prawda 12-miesięczny okres rozliczeniowy, ale nie zgadza
się na zamknięcie równoważnego okresu odpoczynku w 72 godzinach,
proponując wydłużenie go do 7 dni. Nie zgadza się też z uzależnieniem
stosowania klauzuli opt-out od treści układów zbiorowych lub
porozumień społecznych i z wprowadzeniem zakazu pracy powyżej
65 godzin w każdym tygodniu. W zamian strona polska postuluje,
aby przesłanki, po spełnieniu których będzie można stosować klauzulę
opt-out, były regulowane w ustawodawstwie krajowym, i aby wykorzystywany
dzięki tej klauzuli 65-godzinny limit czasu pracy był rozliczany
przeciętnie w danym okresie rozliczeniowym, a nie sztywno w każdym
tygodniu.
Odnośnie zaś dyżurów, Polska akceptuje propozycję, aby ich nieaktywny
czas nie był wliczany do czasu pracy, wnioskuje jednakże, by
dyrektywa upoważniała kraje członkowskie do określenia w przepisach
krajowych minimalnej części dyżuru, która obligatoryjnie byłaby
wliczana do czasu pracy.
Ewidencja science-fiction
Jak można przeczytać w „Projekcie stanowiska rządu” (nr inst.
2004/0209 COD) z 8 października br., „Polska jest zainteresowana
określeniem w ustawie tej części dyżuru medycznego, która byłaby
w każdym przypadku traktowana jako czas pracy. Powinna to być
możliwie jak najmniejsza część dyżuru. Każde inne rozwiązanie
wiąże się bowiem z dodatkowymi kosztami, których Polska na
obecnym etapie reformowania służby zdrowia mogłaby nie udźwignąć.
Dodatkowo należy zauważyć, że rozwiązanie proponowane przez
Komisję zakłada konieczność nałożenia na pracodawców nowych
obowiązków w postaci prowadzenia rejestru czynności rzeczywiście
wykonywanych przez pracownika w czasie dyżuru oraz wprowadzenia
systemu kontroli w tym zakresie, co w konsekwencji pociągnie
za sobą dodatkowe koszty dla pracodawców. W polskiej praktyce
najtrudniejsza sprawą będzie zapewnienie kontroli rzetelności
prowadzonego przez dyżurującego pracownika rejestru czynności.”
Rząd polski chciałby więc uniknąć zobowiązania pracodawców do
ewidencjonowania czynności wykonywanych przez personel na dyżurach,
ponieważ byłoby to bardzo skomplikowane i kosztowne. Ponadto
nasza władza zakłada z góry, że pisane przez pracowników raporty
miałyby więcej wspólnego z science-fiction niż z dokumentacją
rzeczywistości, w związku z czym dodatkowo pracodawcy musieliby
zatrudnić tabuny kontrolerów do tropienia nocnych naciągaczy.
Zamiast całego tego ambarasu, nasi chytrzy urzędnicy rządowi
wymyślili więc, iż najlepiej będzie, gdy określi się po prostu,
że np. „do czasu pracy wlicza się co najmniej 30 procent czasu
trwania dyżuru medycznego”.
Obroża na wężu
A co, jeśli lekarz w czasie dyżuru będzie pracował dłużej, niż
te przykładowe 30 proc. jego czasu trwania? Jak to udowodni?
No, niestety, wówczas trzeba będzie jednak wprowadzić te niechciane
i kosztowne ewidencje, a ponieważ mogą one mieć więcej wspólnego
z science-fiction niż z dokumentacją rzeczywistości, w związku
z tym pracodawcy będą musieli dodatkowo zatrudnić tabuny kontrolerów
do tropienia nocnych naciągaczy...
I tak oto koło się zamknie, bo bez odpowiedniej ewidencji żaden
pracodawca nie doliczy przecież do czasu pracy nawet jednej sekundy.
W ten sposób określenie „co najmniej 30 procent” zacznie oznaczać
„ani mniej, ani więcej, lecz dokładnie 30 procent”, tak jak to
się stało w przypadku słynnego wynagrodzenia za każdą godzinę
dyżuru medycznego (art. 32j ust. 4 i 5 ustawy o zakładach opieki
zdrowotnej): „co najmniej 130 proc., co najmniej 165 proc. i
co najmniej 200 proc. stawki godzinowej wynagrodzenia zasadniczego”.
Mimo że w ustawie wyraźnie jest napisane „co najmniej”, to jeszcze
nie słyszałem, aby ktoś dostał choć o pół procenta więcej.
Zatem wynalazek polskiego rządu, polegający na zastąpieniu konieczności
ewidencjonowania wykonywanych podczas dyżuru czynności określeniem
minimalnej części dyżuru wliczanej obligatoryjnie do czasu pracy,
tak naprawdę tej konieczności wcale nie eliminuje. Rządowe przymiarki
przypominają raczej próbę założenia obroży na węża: za mocno
ścisnąć się jej nie da, bo wąż się udusi, ale za słabo też nie
można, bo się wyślizgnie. Czas sobie uświadomić, że to zwierzę
do tej obroży po prostu się nie nadaje. Potrzebna jest zmiana
całego systemu.
Najlepiej żeby lekarz tyrał za darmo
Poza tym wszystkim, nie bardzo wiadomo, jak propozycja Komisji
Europejskiej i stanowisko Polski mają się do treści prawomocnych
przecież wyroków Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS)
z 3 października 2000 r. w sprawie Sinap (C-303/98), gdzie
skarżącymi byli hiszpańscy lekarze, i z 9 września 2003 r.
w sprawie niemieckiego chirurga z Kilonii Norberta Jaegera
(C-151/02). W obydwu tych przypadkach ETS uznał, iż cały czas
dyżuru lekarskiego jest czasem pracy.
Polski Kodeks pracy proroczo zignorował te wyroki i po ostatniej
nowelizacji nadal stanowi (w art. 1515), że czasu dyżuru, podczas
którego pracownik nie wykonywał pracy, nie wlicza się do czasu
pracy. Zaś jeśli chodzi o ustawę o zakładach opieki zdrowotnej,
to w ogóle wyłącza ona dyżur medyczny z czasu pracy, i tu się
też nic nie zmieniło.
Licząc czas pracy lekarzy według wyroków ETS, wydłużył się on
niepomiernie i przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Aby się
do nich dostosować, należałoby radykalnie zmniejszyć liczbę dyżurów
przypadających na każdego z medyków. Lecz wówczas nie da się
zapewnić całodobowej ciągłości udzielania świadczeń w szpitalu.
Wobec tego powstanie konieczność zatrudnienia nowych lekarzy.
Tych jednak na unijnym rynku pracy przeważnie brak.
Oceniając skutki społeczne ewentualnego wprowadzenia proponowanych
przez Komisję zmian dotyczących dyżuru, strona polska stwierdziła,
że wzrośnie zapotrzebowanie na lekarzy we wszystkich krajach
UE (co może doprowadzić do dalszego zwiększenia emigracji polskich
lekarzy), oraz dojdzie do wymuszenia dalszych zmian w prawnej
organizacji służb medycznych (np. przechodzenie lekarzy na samozatrudnienie).
Z kolei skutki finansowe potraktowania rzeczywistego czasu wykonywania
obowiązków w trakcie dyżuru jako czasu pracy to – zdaniem naszego
rządu – narażenie pracodawców na dodatkowe koszty związane z
prowadzeniem rejestru tych czynności i uruchomieniem systemów
kontroli. Poza tym, każdy nowy etat, to też dodatkowe koszty.
Z analiz rządowych wynika, że jeśli do czasu pracy wliczyłoby
się 30 proc. czasu pełnienia dyżuru medycznego, to konsekwencje
finansowe wyniosłyby 390 mln zł rocznie, a przy wliczeniu 50
proc. wyniosłyby 450 mln zł. Wliczenie natomiast całości dyżuru
do czasu pracy kosztowałoby 750 mln zł rocznie i wiązałoby się
z koniecznością dodatkowego zatrudnienia w Polsce ok. 15 tys.
lekarzy.
Kompromis w zasięgu ręki
Wprawdzie już teraz dyrektywa 2003/88/WE przewiduje odstępstwa
od ustalonych norm (jak np. zastosowanie 14-dniowego okresu
rozliczeniowego w odniesieniu do minimalnego czasu odpoczynku,
oraz zastosowanie 4-miesięcznego okresu rozliczeniowego w odniesieniu
do maksymalnego 48-godzinnego wymiaru czasu pracy), ale ich
wprowadzenie w Polsce byłoby niezwykle trudne, ponieważ odstępstwa
te mogą zostać – jak na razie – przyjęte „w drodze przepisów
ustawowych, wykonawczych lub administracyjnych lub w drodze
układów zbiorowych lub porozumień pomiędzy partnerami społecznymi”.
Zakładowe układy zbiorowe pracy zawierane są w ochronie zdrowia
bardzo niechętnie, gdyż proponowane w nich zapisy dotyczące
wynagrodzeń zupełnie nie satysfakcjonują pracowników. Dlatego
mogą one nie odegrać roli w regulacji czasu pracy.
Problem dyżurowy mógłby zostać znacznie zminimalizowany poprzez
wdrożenie tych odstępstw na mocy innych przepisów. Zastosowanie
wydłużonych okresów rozliczeniowych pozwoliłoby na kumulowanie
przysługujących pracownikowi okresów odpoczynku, i oddawanie
ich w postaci dni wolnych. Nastąpić by tu jednak musiała nowelizacja
m.in. art. 32j. ust. 2 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej (w
kierunku wliczenia całego dyżuru do czasu pracy), oraz art. 32j.
ust. 7 tejże ustawy (zobligowanie pracodawcy do udzielenia lekarzowi
dnia wolnego po każdym dyżurze, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia).
Wydłużenie dopuszczalnego maksymalnego czasu pracy lekarzy do
65 godzin przeciętnie w tygodniu umożliwiłoby im pełnienie 5-6
dyżurów w miesiącu, co zabezpieczyłoby potrzeby dyżurowe zdecydowanej
większości szpitali i jednocześnie w dużym stopniu zaspokoiłoby
potrzeby finansowe dyżurantów.
W warunkach polskich, do czasu wyraźnej poprawy (na co się jednak
nie zanosi) skandalicznie niskich wynagrodzeń lekarzy, zwłaszcza
tych pracujących w szpitalach publicznych, najlepszym rozwiązaniem
byłoby więc uelastycznienie przepisów unijnych. O ile w krajach,
w których lekarze zarabiają nieźle, łatwiej pogodzą się oni z
utratą dyżurów, to w Polsce, gdzie zarobki w tym zawodzie są
5-10-krotnie niższe niż w UE (i nic nie zapowiada ich wzrostu),
pełnienie dyżurów jest w większości przypadków jedyną możliwością
dorobienia do marnej pensji. Ale proponowane przez rząd polski
rozwiązania dotyczące dyżurów są wręcz przeciwne do oczekiwań
wielu lekarzy, ponieważ ich wdrożenie spowodowałoby drastyczny
spadek wynagrodzeń.
Implementacja bez wyzysku
– Ustawodawca, czy raczej „dyrektywodawca”, nie przyjmuje do
wiadomości, że praca lekarza wymaga dłuższej obecności w szpitalu,
i że przepisy opisujące pracę urzędników czy robotników budowlanych
po prostu nie dają się tu zastosować – twierdzi prezes Naczelnej
Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł. – I co ważne: nie wynika
to z jakichś wąsko pojętych interesów lekarzy, ale stawką są
tu takie sprawy jak konieczność zapewnienia ciągłości leczenia
oraz możliwości kształcenia młodszych lekarzy i studentów.
W swoim stanowisku na ten temat NRL stwierdziła, iż podjęte przez
Polskę działania dostosowawcze powinny m.in. doprowadzić do wzrostu
bezpieczeństwa pacjentów, a w przyjętych rozwiązaniach należy
także uwzględnić te postanowienia, które przewidują możliwość
odstępstw od niektórych rygorów, przy czym owa implementacja
nie może się dokonać kosztem zarobków lekarzy, zwłaszcza gdy
konsekwencją przyjęcia w pełni na grunt polski rozwiązań europejskich
będzie ograniczenie liczby dyżurów. Środki finansowe uwolnione
w wyniku ich likwidacji w obecnej postaci, powinny zostać włączone
do wynagrodzeń lekarzy, tak by nie ponieśli oni uszczerbku w
następstwie reorganizacji zasad całodobowej opieki nad pacjentem.
NRL uznała też za konieczne wyeliminowanie z ustawy o zakładach
opieki zdrowotnej przepisów nie uznających dyżuru medycznego
za czas pracy, określających wymiar dyżuru, oraz utrzymujących
fakultatywne prawo do czasu wolnego po zakończonym dyżurze. Dyżur
powinien być w całości wliczony do czasu pracy, a prawo do czasu
wolnego musi być obligatoryjne.
Podobne stanowisko reprezentuje Ogólnopolski Związek Zawodowy
Lekarzy. Popiera on propozycje zmian dyrektywy 2003/88/WE, idących
w kierunku dopuszczenia możliwości wydłużenia dozwolonego czasu
pracy lekarzy do 65 godzin tygodniowo, przy rocznym okresie rozliczeniowym,
za zgodą pracownika (ale bez konieczności uwzględniania tego
w zakładowym układzie zbiorowym pracy), przy wliczeniu całego
czasu dyżuru lekarskiego do czasu pracy.
Główna wada dyrektywy
Pomysły w rodzaju zastosowania pracy zmianowej lekarzy, przychodzenia
do pracy na parę godzin po południu lub w nocy, czy też dyżuru
pod telefonem, nic tu nie pomogą. To wszystko prowadzi bowiem
do pogorszenia jakości opieki lekarskiej nad pacjentem, a nie
do jej poprawy. Jednocześnie – nie ulega wątpliwości, że musi
dojść do uelastycznienia dyrektywy 2003/88/WE. Ale trzeba to
zrobić z głową.
Cele zmian proponowanych Radzie UE przez Komisję są naprawdę
wzruszające. Chodzi bowiem o „zapewnienie wysokiego poziomu ochrony
zdrowia i życia pracowników”, „umożliwienie pracodawcom elastycznego
zarządzania czasem pracy” i „umożliwienie pracownikom godzenia
obowiązków zawodowych z rodzinnymi”.
Szkoda tylko, że unijni i polscy urzędnicy zapomnieli zaproponować
wpisania do swojej dyrektywy punktu zabraniającego wynagradzania
polskich lekarzy poniżej średniej, jaką zarabiają ich unijni
koledzy. Bo jak inaczej można zapewnić im „godzenie obowiązków
zawodowych z rodzinnymi” i „wysoki poziom życia”, skoro dzięki
tej szlachetnej dyrektywie ledwo będą wiązali koniec z końcem?
|