Złodziejstwo
lub współpłacenie
RYSZARD KIJAK
Założenia
rodzącej się, nowej koncepcji systemu opieki zdrowotnej w Polsce,
opisałem swojemu Przyjacielowi, lekarzowi pracującemu od wielu
lat w dużym szpitalu. Napisałem mu o konieczności utworzenia wolnego
rynku świadczeń medycznych w zakresie relacji pomiędzy świadczeniodawcą
a pacjentem, o likwidacji konkursu ofert i otwarciu rynku usług
medycznych w celu umożliwienia refundacji kosztów świadczeń ze
środków publicznych każdemu podmiotowi spełniającemu określone
kryteria, i o wprowadzeniu współpłacenia pacjenta za uzyskane
przez niego świadczenia medyczne.
Odpisał mi tak: „Na taki program masz mój głos poparcia. Ale myślę,
że nie znajdziecie jeszcze dużo takich partii i ugrupowań, które
poprą Wasz program, szczególnie iż jest on niezgodny z Konstytucją.
Natomiast w Konstytucji nic nie jest napisane, że należy się bezpłatne
jedzenie i łóżko, czyli świadczenia hotelowe. A to są olbrzymie
pieniądze. A w końcu jak ktoś je w szpitalu to nie je w domu,
jak śpi w szpitalu to nie brudzi własnej pościeli, nie używa prądu,
wody, nie wytwarza ścieków.”
No właśnie. Ale mało tego. Przecież pacjent w czasie pobytu w
szpitalu nie wydaje też pieniędzy na lekarstwa i na różne inne
środki medyczne, za które musiałby płacić sam, gdyby chorował
w domu. Kupowałby je sobie w aptece za żywą gotówkę. Tak że patrząc
tylko z tego wąskiego punktu widzenia, można zaryzykować twierdzenie,
że pobyt w szpitalu przynosi pacjentowi pewne oszczędności finansowe,
które nawet dałoby się policzyć. A ponieważ refundacja z Narodowego
Funduszu Zdrowia nie pokrywa pełnych kosztów, jakie ponoszą szpitale
w związku z udzielaniem świadczeń, zatem wszystkie te wymienione
wyżej wydatki szczodrze fundowane są pacjentom przez zadłużające
się stale szpitale, i przez ich pracowników, otrzymujących wynagrodzenie
niewspółmiernie niskie do swojego wkładu pracy i wiedzy.
Prekursorzy
Niektórzy pacjenci rozumieją doskonale tę sytuację, i sami, bez
żadnej perswazji, starają się zrewanżować lekarzom i pielęgniarkom
za ich trud, poprzez wręczanie im różnych „wyrazów wdzięczności”,
ze sławetnymi „kopertami” włącznie. Są też pacjenci, którzy czują
się wręcz zmuszeni do tego, aby zapłacić za ominięcie kolejki,
za przyjęcie do wybranego przez siebie szpitala lub oddziału,
albo za to, aby się nimi zajął akurat ten lekarz a nie inny. Pomijam
tu ocenę etyczną, moralną a także karną takiego postępowania,
stwierdzam jedynie fakt, że tacy pacjenci istnieją.
I to są właśnie prekursorzy współpłacenia w opiece zdrowotnej,
którzy – czując wdzięczność za leczenie – odżałowują kilkadziesiąt
zł, aby kupić jakieś ciasto, bombonierkę, butelkę, czy aby wcisnąć
lekarzowi jakiś banknot. I wcale nie jest ich tak mało. Jak wynika
z badań opinii publicznej, większość ankietowanych jest przekonana,
że w ochronie zdrowia trzeba wnosić „udział własny”. A już całkiem
legalnie i oficjalnie płaci się przecież u stomatologa, a także
w aptekach.
Zastanawiam się więc, czy naprawdę społeczeństwo przeżyłoby szok,
gdyby mu ktoś powiedział któregoś dnia, że od tej pory do każdego
świadczenia medycznego każdy musi dołożyć parę groszy z własnej
kieszeni. Czy społeczeństwo doznało wstrząsu, gdy niedawno Sejm
wyciągnął mu bezpośrednio z portfela równowartość 0,25 procenta
podatku? Nie. Żadnych masowych objawów niezadowolenia, żadnych
akcji. Zaprotestowało tylko kilku polityków opozycyjnych.
Czesanie
Moim więc zdaniem, społeczeństwo psychicznie jest już przygotowane
do współpłacenia. I to bynajmniej nie ochrona zdrowia przystosowała
je do tego, a: kolejne rządy, fiskus, samorządy terytorialne,
ubezpieczenia społeczne ze swoimi różnymi filarami, ubezpieczalnie
komercyjne, urzędnicy, prawnicy, organizacje charytatywne, i wiele
różnych firm. Nie chcę się doigrać jakiegoś procesu cywilnego,
więc nie będę wymieniał tych firm po imieniu, ale przecież znamy
wielu monopolistów i potentatów rynkowych, którzy – gdy tylko
ich sytuacja zaczyna się pogarszać, natychmiast podnoszą ceny.
Wystarczy wspomnieć o transporcie kolejowym, łączności, stacjach
benzynowych, itd. No czy to nie jest współpłacenie w najczystszej
postaci? A co kogo obchodzi, że biedny obywatel nie ma pieniędzy
na znaczek pocztowy lub skarbowy?
Ochrona zdrowia (poza stomatologią i aptekami) jest chyba nawet
właściwie ostatnią branżą, która jeszcze współpłacenia nie wprowadziła.
Każdy, kto żyw, czesze społeczeństwo na każdy możliwy sposób,
a jedyną wstrzemięźliwą pozostała właśnie ochrona zdrowia, która
nie dosyć że oficjalnie nie czesze, to jeszcze dopłaca do pacjenta
z własnych zarobków. I tylko lekarz z pielęgniarką litują się
nad sytuacją materialną obywatela, a rządu, fiskusa i wielu innych
instytucji i firm to nie obchodzi w ogóle.
Równo
nie znaczy za darmo
A może – na tym etapie – po prostu nie ma możliwości wprowadzenia
współpłacenia? Może właśnie – jak uważa mój Przyjaciel – i nie
tylko on zresztą – zabrania tego Konstytucja RP? Skądże! Żadnej
niezgodności tam nie znalazłem. Jest tylko art. 68, który mówi:
„1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia. 2. Obywatelom, niezależnie
od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy
dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków
publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.”
I wot eto wsio. No i gdzie tu niezgodność? Równy dostęp niekoniecznie
oznacza, że każdy ma mieć świadczenia opieki zdrowotnej za darmo.
Równy dostęp równie dobrze może znaczyć, że będzie płacił każdy,
ale po równo, czyli – tyle samo za to samo, nieprawdaż? Bo to
też jest równy dostęp.
Decyzję o tym, czy wszyscy mają mieć po równo za darmo, czy –
też po równo, ale odpłatnie, Konstytucja oddaje ustawie, czyli
posłom. A posłowie (dopóki nie wybieramy ich w jednomandatowych
okręgach wyborczych) – to są partie polityczne. Zatem można się
zastanowić, które partie poparłyby taką koncepcję. Z grubsza rzecz
biorąc – wydaje mi się, iż każda, która ma cokolwiek do gadania.
Z tym, że rządzącą obecnie, i jej dotychczasowego (pierwszego)
koalicjanta trzeba wyłączyć, nie tyle nawet ze względów pryncypialnych,
co dlatego, iż uwikłały się one w Narodowy Fundusz Zdrowia i się
z niego nie wycofają. Trzeba jednak pamiętać, że do ostatnich
wyborów wszystkie partie, jak jedna, poszły z hasłem likwidacji
kas chorych. I tak się stało. Trzeba też pamiętać, że czasie trwania
bieżącej kadencji – partie opozycyjne opowiedziały się przeciwko
NFZ.
Koncepcja, nad którą pracuje ostatnio OZZL, nie przewiduje funkcjonowania
w systemie ani kas chorych, ani NFZ. Jest więc bardzo bliska poglądom
wielu partii. I dlatego mam wrażenie, że byłaby ona dla nich „do
przełknięcia”. Pewną barierę stanowiłoby jedynie zaakceptowanie
współpłacenia, niezależnie od tego jak by ono zostało nazwane.
Ale – jak próbowałem wywieść wyżej – społeczeństwo jest chyba
w stanie pogodzić się z tym. I jeżeli politycy, którzy naprawdę
chcą mieć coś do powiedzenia w zakresie ochrony zdrowia, przestaną
się bać współpłacenia, to – mam nadzieję – staną się naszymi sprzymierzeńcami,
gdyż tylko w ten sposób będą mogli zaprezentować jakikolwiek konstruktywny
a jednocześnie konkurencyjny do obecnego systemu model, nie wykopując
jednocześnie z grobu zarżniętych przez siebie kas chorych.
Ratuj
się kto może
Bo – jeśli nie owijać w bawełnę – innego wyjścia po prostu nie
ma. Oddłużenie – jeżeli wierzyć oficjalnym deklaracjom – nie wchodzi
w grę, odczuwalne zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia również
nie jest możliwe, a sekurytyzacja i inne bankowe tricki tylko
opóźnią wyrok, ale go nie anulują. Wcześniej czy później zoz-y
zaczną padać, a ich zobowiązania obciążą organy założycielskie,
czyli głównie samorządy terytorialne. A to już grozi destabilizacją
państwa. I wtedy żarty się skończą.
W tych warunkach niestety pozostaje jedynie współpłacenie, gdyż
alternatywą jest tylko stopniowa likwidacja bazy leczniczej, która
i tak jest bardziej niż skromna. Społeczeństwo zostało doprowadzone
do tego, że musi teraz dokonać wyboru: albo dopłaci, albo straci
najbliższy (a często jedyny) szpital w okolicy i będzie dojeżdżać
do innej miejscowości. Albo dopłaci, albo straci przychodnię i
będzie dojeżdżać na drugi koniec miasta. A kolejki dzięki temu
wcale nie ulegną skróceniu bynajmniej.
Oczywistym jest, że system współpłacenia trzeba dopracować w szczegółach,
uwzględniając wiele aspektów, wśród których najbardziej istotnym
będzie zabezpieczenie świadczeń medycznych osobom najuboższym,
chociażby poprzez opiekę społeczną. Najważniejsze jest jednak,
aby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że skoro ani budżet, ani
samorządy terytorialne nie są w stanie udźwignąć ciężaru utrzymania
opieki zdrowotnej, to społeczeństwo musi się ratować samo.
Chyba, że udałoby się zlikwidować w kraju korupcję, złodziejstwo
i marnotrawstwo na wielką skalę, i aby zaoszczędzone w ten sposób
miliardy przeznaczyć na ochronę zdrowia. Tylko ile czasu takie
porządki zajmą naszym dzielnym politykom i innym decydentom?
|