„Gazeta Lekarska” Nr 10/2005
(tekst bez skrótów redakcyjnych)
Tylko ryba...?
Ryszard Kijak
Kiedyś przyszła do mnie dziennikarka lokalnej gazety, i zapytała wprost, jako działacza OZZL, kto z lekarzy w moim zakładzie przyjmuje łapówki od pacjentów.
Pracując wiele lat w szpitalu klinicznym, doskonale wiedziałem kto „bierze”. Wiedziałem to z obserwacji własnych, z bezpośrednich relacji rodziny i znajomych, a także z tego, co mówią „na mieście”. – No ale przecież tego ci nie wyznam, kobieto, chcę tu przecież jeszcze trochę popracować! – jęknąłem w myślach.
– Nie zdradzę pani kto bierze, ale za to mogę powiedzieć, kto na pewno nie bierze – odparłem więc chytrze. Następnie zaprowadziłem ją pod drzwi gabinetu emerytowanego już teraz profesora laryngologii, gdzie – jak pamiętałem – wisiała kartka o treści następującej: „Pan Profesor nie przyjmuje żadnych prezentów od pacjentów i ich rodzin”. Niestety, gdy znaleźliśmy się pod gabinetem, okazało się, że oświadczenia już nie było. Szlag mnie trafił, dziennikarkę jakoś zbałamuciłem, ale przy najbliższej okazji spytałem profesora:
– Panie Stanisławie, czemu pan zdjął tę kartkę, która wisiała na drzwiach pana gabinetu? Czyżby pan wymiękł i zaczął pan brać?
– Panie Ryszardzie, nie zacząłem – wytłumaczył indagowany. – Po prostu ludzie robili na tym świstku głupie dopiski, i dlatego go wyrzuciłem. Ale dalej nie biorę.
Za narkoze zapłacone
Inni nie są tak wytrwali w opieraniu się pokusie „czesania” pacjenta. Pewnego razu na dyżurze trafiła mi się pacjentka z wioski, przy której – dla czczego kaprysu – postanowiłem popisać się swoim intelektem.
– Chirurdzy zrobią pani cholecystektomię, a ja dam znieczulenie ogólne dożylno-wziewne metodą półzamkniętą – wyjaśniłem jej w miarę szczegółowo swoje plany.
– Panie, ja zapłaciła za narkoze i ja chce mieć narkoze, a nie jakieś tam znieczulenie – odpowiedziała na to stanowczo, głosem nie uznającym sprzeciwu.
– Komu pani zapłaciła za narkozę? Bo na pewno nie mnie. I ile to było? – spytałem, wywracając świecące pustką kieszenie bluzy operacyjnej.
– Komu i ile ja zapłaciła, to moja sprawa – rzekła i położyła się wygodniej na stole, ze stoickim spokojem oczekując na wykonanie opłaconej czynności usługowej.
A ja poszukałem skierowania. Gdy odczytałem podpis, włos mi się zjeżył na głowie. Widniało tam nazwisko, które nawet boję się tu podać, choć od zdarzenia upłynęło wiele lat. Profesor chirurgii, którego gdybym nawet teraz zdemaskował, to i tak nikt by mi nie uwierzył. Wzór etyki i uczciwości. Nauczyciel kilku pokoleń studentów. Od razu pacjentce dałem narkozę, a nie jakieś tam moje durne znieczulenie ogólne dożylno-wziewne metodą półzamkniętą, choć to to samo. I chyba dobrze zrobiłem, bo reklamacji nie było.
Trzeba było zostać profesorem
Brak powściągliwości przy „kasowaniu” pacjentów ma też i inne postacie.
– Ależ ty drzesz z tych klientów, aż kości trzeszczą – zagadnąłem kiedyś złośliwie jednego z moich kolegów, profesora zresztą, kolekcjonera antyków (krąży plotka, że gdy pewien wdzięczny pacjent sprezentował mu antyczny mebel, który nie mieścił się w drzwiach, obdarowany kazał wyrwać w swoim domu okno, aby wstawić eksponat do środka).
– No to trzeba było zostać profesorem – odpowiedział mi z zimną krwią mój kolega, nie dodając już, że przecież z własnej kieszeni nie zainwestował w oddział, nie ponosi kosztów jego eksploatacji, i nie utrzymuje personelu.
Biorąc „wyrazy wdzięczności” przed leczeniem, lekarz otwarcie, albo tylko w domyśle, stwarza pacjentowi mniej lub bardziej płonną nadzieję na to, iż usługa będzie lepsza, szybsza, poza kolejką, lepszą metodą, lepszymi lekami, z udziałem lepszych specjalistów, i że wszystko pójdzie po myśli pacjenta. No i wykorzystuje publiczny zakład do prywatnych, nie opodatkowanych zresztą, celów zarobkowych.
Poza wyłudzaniem od pacjentów pieniędzy albo prezentów (np. drogiego sprzętu wędkarskiego, czy właśnie antyków – w zależności od uprawianego hobby), przestępstw w wykonaniu środowiska lekarskiego jest oczywiście więcej. Przychodnie i gabinety lekarskie dopisują do kontraktów z NFZ „martwe dusze”, lekarze fałszują dokumentację ZUS-owską, wypisują gangsterom i politykom „lewe” zaświadczenia o stanie zdrowia, przechowują ich na oddziałach szpitalnych pod pretekstem nieistniejących chorób, przepisują drogie leki nic o tym nie wiedzącym (a często wręcz martwym) pacjentom, dzieląc się refundacją z aptekarzami. Naturalnie, większość lekarzy z tymi patologiami nie ma nic wspólnego, a piszę to zdanie ze względu właśnie na nich, aby uniknąć zarzutu generalizowania problemu.
Pańskie oko konia tuczy
Dotychczas uważałem, że pazerność niektórych naszych kolegów po fachu wynika z faktu zbyt niskich zarobków w opiece zdrowotnej. Ale tę moją pewność podważyły ujawnione ostatnio przypadki zatrzymań profesorów i docentów habilitowanych, m.in. w Bydgoszczy, Włocławku, Białymstoku, Lublinie, z których jedni są (lub byli) zatrudnieni na przyzwoitych etatach, a inni – na atrakcyjnych kontraktach. Tylko Warszawa wydaje się być jakby pozbawiona tego typu afer, co jest zresztą bardzo dziwne, chyba że – jako stolica – stara się dawać pozytywny przykład Polsce B. Ale poczekajmy, tę puszkę Pandory też niedługo ktoś może otworzy. Tak mi podpowiadają moje prowincjonalne kompleksy.
Niektórzy ordynatorzy także nie są „gorsi”, o czym słychać od czasu do czasu w mediach krajowych oraz lokalnych. Trzymają „bramkę”, bez ich akceptacji żaden lekarz nie ma prawa położyć na oddziale jakiegokolwiek pacjenta, a „biurko ma cztery nogi, i każda musi być podparta”. Czy „pańskie oko tuczy konia” bezinteresownie, czy nie, pozostaje to już tajemnicą oka i konia. Chyba że banknoty pomalowano wcześniej farbą fluorescencyjną, albo konia zaopatrzono w mikrofon i kamerę, a w poczekalni siedzi dwóch smutnych dżokejów z batami w ręku. Wiadomo tylko, że pozostali wyrobnicy szpitalni czekają z utęsknieniem na ten jeden szczęśliwy miesiąc w roku, kiedy to ordynator-bramkarz wyjeżdża na urlop. Wtedy zaczyna się bardziej demokratyczno-kapitalistyczny „ruch w interesie”, z atmosferą zepsutą jednak ostatnio poczuciem „pewnej takiej niepewności”.
Ale z tego wszystkiego wynika, że pokusa osiągnięcia dodatkowego, nielegalnego zarobku zależy nie tyle od wysokości oficjalnego wynagrodzenia, co od charakteru człowieka. I właśnie to nieźle zarabiający ludzie z „miękkim charakterem” popsuli lekarzom dobry argument, że gdyby wynagrodzenie w opiece zdrowotnej było satysfakcjonujące, to szara strefa stałaby się prawdziwym marginesem.
Kosmiczna przesada
Przy okazji warto się zastanowić, jak wielka jest skala szarej strefy. Fundacja Batorego co roku zamawia w CBOS-ie badanie „Barometru korupcji”. Do faktu dania komuś łapówki przyznaje się w „Barometrze” z reguły mniej więcej 15 proc. respondentów, z czego 68 proc. dało łapówkę służbie zdrowia. Ta grupa stanowi więc w tym roku tylko (albo aż) ok. 10 proc. ogółu badanych. Czyli prywatną kieszeń publicznego lekarza wzbogacił co dziesiąty obywatel RP. A o ile wzbogacił? Elżbieta Cichocka („Gazeta Wyborcza” z 29 sierpnia br.) podaje za GUS-em, że w r. 2003 pacjenci zostawili w szpitalach jako „dowody wdzięczności” (koperty, prezenty, kwiaty) 60 milionów zł. Zatem, statystycznie, jeden pacjent na trzydziestu mógł dać lekarzowi pięćset zł. Albo jeden na sześćdziesięciu – tysiąc.
Jest to i tak 100-200 razy mniej, niż sugerują polityczni populiści i demagodzy, szacujący tę strefę na 6-12 miliardów zł rocznie(!), w zależności od tego, czy wliczają oni do niej tylko same łapówki, czy też i wpłaty pacjentów na rzecz przeróżnych fundacji, oraz pozostałe dopłaty. Przesada jest kosmiczna, ale funkcjonowaniu „dowodów wdzięczności” jako takich nie da się zaprzeczyć.
Przy czym „dowody” te mają jednak swoje dwa oblicza. Bo – mimo wszystko – czym innym jest uzależnienie przez lekarza wykonania świadczenia od wręczenia mu korzyści finansowej, a czym innym spontaniczna, inspirowana tylko zadowoleniem z leczenia (choć nieraz nachalna) wizyta pacjenta, który coś lekarzowi przyniesie, cokolwiek by to było, koniak, „węgorzewo”, czy chudsza lub grubsza koperta.
Jedno oblicze dwóch sytuacji
Niestety – i o tym trzeba pamiętać(!) – prawo nie rozróżnia tych dwóch okoliczności.
– Wiem, że „kasa” po leczeniu jest zwykłą wdzięcznością pacjenta, czy też honorarium za dobrze wykonaną pracę, ale „oni” tak nie uważają – twierdzi dr Piotr D. z OZZL, który zwrócił mi uwagę na ten bardzo istotny aspekt.
Bowiem pracujący w publicznym zakładzie opieki zdrowotnej lekarz nie jest co prawda funkcjonariuszem publicznym, ale za to – z tytułu zatrudnienia w jednostce organizacyjnej dysponującej środkami publicznymi – jest on osobą pełniącą funkcję publiczną (chyba że wykonuje wyłącznie czynności usługowe). Wynika to z art. 115 par. 19 Kodeksu karnego. I w sytuacji „przed”, zgodnie z art. 228 par. 4 tegoż Kodeksu, „Karze (…) podlega ten, kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, uzależnia wykonanie czynności służbowej od otrzymania korzyści majątkowej lub osobistej albo jej obietnicy lub takiej korzyści żąda”. Pójść siedzieć (od roku do dziesięciu lat) można więc nie tylko za uzależnienie i żądanie, lecz nawet za domaganie się obietnicy korzyści. O tym przepisie (może z wyjątkiem obietnicy) słyszał prawie każdy.
Ale jest jeszcze par. 1 art. 228, mniej znany, a znacznie gorszy, bo dotyczący również sytuacji „po”: „Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Tutaj nie ma już mowy o uzależnieniu czy żądaniu, tutaj karze podlega każdy lekarz publicznej opieki zdrowotnej, który taką korzyść przyjmuje w związku z pełnieniem funkcji. A w związku oznacza, że niezależnie, czy przed leczeniem, czy po. Wsio ryba.
Zrównać z Panem Mietkiem
I ten właśnie przepis, moim zdaniem, idzie o wiele za daleko. No bo dlaczegóż prawo ma zabraniać lekarzowi przyjęcia materialnego wyrazu wdzięczności (i to takiego, jaki obdarowujący sam uzna za stosowne) od nie namawianego do tego czynu pacjenta, który w ogóle nie musi tego robić? A w czym to lekarz jest gorszy od pracującego w tym samym szpitalu Pana Mietka, który, jako „złota rączka”, wyremontuje porządnie oddziałową salę zabiegową? Pan Mietek może bezkarnie przyjąć od zadowolonego ze stworzenia dobrych warunków pracy doktora flaszkę albo „stówkę”, ale gdyby Pan Mietek zechciał odwdzięczyć się lekarzowi tym samym za laparoskopowe wyleczenie mu przepukliny, to przy okazji mógłby niechcący posadzić swego zbawcę na kilka lat. Uważam, że jest to ograniczanie swobód obywatelskich, i to nie tylko lekarzy, ale i pacjentów.
Chyba, że Pan Pacjent Mietek i Pan Doktor zostaną zrównani ze sobą, czyli: albo Pana Mietka uzna się za osobą pełniącą funkcję publiczną (ze wszystkimi jej atrybutami, czyli etyką, misją i powołaniem), albo obu potraktuje się jako „osoby wykonujące wyłącznie czynności usługowe” (Kodeks karny, art. 115 par. 19). Bo w końcu, jakież to inne czynności wykonuje lekarz, jeśli nie wyłącznie usługi zdrowotne?
Spokojnych snów
Myślę że odpowiednio wykształcony adwokat rozwinąłby tezę o lekarzu jako o „osobie wykonującej wyłącznie czynności usługowe” szerzej, a wtedy „wyrazy wdzięczności” można by nazwać bardziej lub mniej sutym „napiwkiem”, wykreślając w ogóle pojęcie łapówek w ochronie zdrowia ze statystyk. Obdarowany powinien tylko zgłosić taką korzyść w PIT-cie, zapłacić stosowny podatek, i spokój.
Ale zamiast szukania kruczków prawnych, można też postawić na drugie wyjście: nie wyłudzać „przed”, ograniczyć przyjmowanie „po”, i spokojnie spać. W domu będzie może o parę groszy mniej, ale za to pojawi się pewność, że lekarska rodzina nie straci żywiciela (albo żywicielki) na kilka lat. I nie naje się wstydu na całe życie.
|