O nas Sprawy organizacyjne Poczta do ZK OZZL Archiwum
Aktualności
Konferencje prasowe
Opinie prawne

Wywiad z przewodniczącym OZZL w „Najwyższym Czasie”, Wydanie 31-32 (793-794) z dnia 30 lipca 2005r.

Pytania zadaje p. Tomasz Teluk.

  1. Jest pan jedną z niewielu osób ze środowiska lekarskiego, która opowiada się otwarcie za prywatyzacją systemu opieki zdrowotnej. Dlaczego?

Myślę, że zwolenników prywatyzacji jest dużo więcej. Niektórzy nie przyznają się do tego otwarcie, bo się boją, iż zostaną zaliczeni do tych, którzy troszczą się tylko o silnych, zdrowych, młodych i bogatych i myślą wyłącznie o własnych korzyściach materialnych. Tak niestety znacząca część społeczeństwa ocenia zwolenników rozwiązań rynkowych i prywatyzacji. Ja (i związek, który reprezentuję) opowiadam się za prywatyzacją, bo uważam to za najlepszy sposób aby:

  • pieniądze przeznaczone na leczenie nie były marnowane,
  • szpitale i inne zakłady opieki zdrowotnej nie zadłużały się,
  • pracownicy służby zdrowia pracowali efektywnie i uczciwie i zarabiali odpowiednio do rangi swoich zawodów,
  • pacjenci byli traktowani w sposób godny,
  • usługi medyczne miały jak najwyższą jakość.

Najciekawsze jest to, że gdy spytać przeciętnych obywateli, czy zgadzają się z przedstawionymi wyżej celami, powiedzą, że jak najbardziej. Ale jednocześnie z oburzeniem zareagują na propozycję urynkowienia służby zdrowia i jej prywatyzacji. Problemem jest to, że ludzie nie widzą związku między sposobem organizacji różnych dziedzin życia społecznego i gospodarczego a skutkami jakie to niesie.

  1. W połowie 2004 Pentor przeprowadził na zlecenie OZZL badania, z których wynikało, że Polacy także widzą przyszłość w prywatyzacji służby zdrowia. Wyniki tych badań zostały solidarnie przemilczane przez media.

A tam, gdzie przemilczeć się nie dało, zostały opatrzone komentarzem, że pytania były tendencyjne, a badanie nierzetelne. Faktem jest, że pytania – przygotowane przez OZZL – były odmienne niż to zwykle stosują ankieterzy w tego rodzaju sondażach. Główna różnica polegała właśnie na tym, o czym wspomniałem wcześniej. My nie pytaliśmy np. czy wolisz aby leczenie było odpłatne czy bezpłatne – bo jest to pytanie głupawe podobnie jak pytanie czy wolisz być biedny i chory czy zdrowy i bogaty. My zapytaliśmy się o wybór – pokazując jednocześnie faktyczne skutki wyboru. W pewnym uproszczeniu wyglądało to tak: czy chcesz aby było bezpłatnie i byle jak, czy chcesz aby było z pewnym współpłaceniem i było porządnie. Podobnie zapytaliśmy odnośnie prywatyzacji. Trzeba mieć świadomość, że słowo „prywatny” w służbie zdrowia kojarzone jest z „odpłatnym”, a słowo „publiczny” z „bezpłatnym”. To zupełnie zamazuje właściwy stosunek ludzi do prywatyzacji, bo „prywatny” staje się synonimem drogiego, niedostępnego, a publiczny – taniego, dostępnego. W rzeczywistości najczęściej jest odwrotnie, to prywatny funkcjonuje taniej. Dlatego my wyeliminowaliśmy ten „szum informacyjny” i zapytaliśmy: czy – gdybyś miał zapłacić tyle samo w zakładzie prywatnym i publicznym, wybrałbyś prywatny czy raczej publiczny? Dwa razy więcej pytanych wybrało prywatny, dając w ten sposób - jak sądzę - dowód, że podświadomie uważają iż prywatny oznacza lepszą opiekę, więcej staranności, bardziej rzetelne podejście do pacjenta.

Takie wyniki badania mało komu były na rękę, bo z użalania się nad losem służby zdrowia żyje całe mnóstwo dziennikarzy i polityków. A z jej prywatyzacją i urynkowieniem to użalanie musiałoby się skończyć.

  1. Według innych niezależnych badań, prowadzonych m.in. przez Health Consumer Powerhouse czy Stockholm Network, Polacy oceniają państwowy system opieki zdrowotnej najgorzej ze wszystkich krajów UE. Jakby pan to skomentował?

To jest pewna ciekawostka, która świadczy o tym, że Polacy jeszcze nie dali sobie do końca „wyprać mózgów”. Trzeba bowiem wiedzieć (co może zdziwić wiele osób nie związanych ze służbą zdrowia), że w Polsce jest o wiele większa dostępność do wielu świadczeń zdrowotnych niż np. w bogatej Anglii czy Szwecji. Można by więc przypuszczać, że to społeczeństwa tamtych krajów będą bardziej niezadowolone ze swojej służby zdrowia. Zostały one jednak już nauczone przez różnorodnych ekspertów, że „rynek w ochronie zdrowia nie działa”, że kolejki do leczenia to rzecz nieuchronna i nie można ich zlikwidować, można co najwyżej nimi „kierować”. Polacy, widząc, że coś co wydawało się nie do uniknięcia w realnym socjalizmie, jak kolejki po mięso, buty, pralki, samochody itp. itd.- można było jednak wyeliminować wprowadzając mechanizmy rynkowe, nie chcą dać się przekonać, że w służbie zdrowia musi być inaczej. Stąd też jak sądzę większe oczekiwania Polaków i większe niezadowolenie z tego co jest.

  1. Pacjenci w Polsce narzekają na swoistą cenzurę informacyjną. Wiedza medyczna w naszym kraju jest żenująca, stąd zapewne niezwykła popularność wszelkiego rodzaju medycyny alternatywnej czyli wszelkiej maści oszustów i hochsztaplerów. Czy jako lekarz, nie odbiera pan tego zjawiska jako zagrożenie?

Zagrożenie ? Tak – ale głównie dla zdrowia ludzi, którzy pozbawiają się szansy na wyleczenie. Nie traktuję tego jako konkurencji dla lekarzy, czy zagrożenia dla istnienia prawdziwej medycyny. Ona zawsze się obroni wynikami swoich działań.

  1. Mój przyjaciel z Danii, który miał dość eurosocjalizmu i wyemigrował do USA mówi: „Gdy mieszkałem w Europie, chorowałem i nie miałem zielonego pojęcia o lekach czy medycynie. Teraz w USA dysponuję dużą wiedzą z tej dziedziny, ale przestałem chorować”. Amerykanie coraz częściej dowiadują się jak dbać o swoje zdrowie z prasy, radia czy telewizji, a poziom zdrowotny społeczeństwa stale się zwiększa. Czy to właściwa droga?

Jest nawet takie (udowodnione) stwierdzenie, że wiedza pacjenta jest najważniejszym elementem prognostycznym przy ocenie szansy na skuteczne leczenie. Nie ulega wątpliwości, że świadomość zdrowotna społeczeństwa to jeden z najważniejszych czynników decydujących o przeciętnej długości życia. Inna sprawa czy ta świadomość idzie w parze z wolą. Amerykanie np., podobno tak świadomi, są jednak chyba największymi grubasami na świecie, co z pewnością skutecznie skróci przeciętną długość ich życia.

  1. Czy nie uważa pan, że w Europie konieczne jest zniesienie zakazu reklamy leków na receptę. Sytuacja zakrawa na absurd, skoro legalna jest jedynie promocja preparatów OTC i ludzie zamiast leczyć się właściwie łykają jakieś półśrodki typu tabletki przeciwbólowe?

Sprawa nie wydaje mi się tak oczywista z reklamą leków w ogóle, nie tylko leków na receptę. Może rzecz byłaby prostsza, gdyby przyjąć, że „reklama” równa się „informacja”. Tak jednak nie jest. Zadaniem reklamy jest skusić, namówić, czy wręcz podstępnie skłonić do zakupu towaru. Tak przynajmniej ja widzę funkcjonowanie reklamy w praktyce. Poza tym nie da się w 30 sekund (tyle trwa przeciętna reklama w TV) wyjaśnić odpowiednio wskazań, przeciwwskazań i innych ważnych uwarunkowań stosowania takiego, czy innego leku. W wielu przypadkach trzeba też mieć jakąś wiedzę aby w ogóle zrozumieć o czym jest mowa w takich informacjach. Czy taka reklama leków poprawiłaby świadomość zdrowotną ludzi? Wątpię. Raczej naraziłaby ich na stosowanie działań doraźnych, objawowych, nieprzemyślanych, w sumie – szkodliwych. Moim zdaniem taki skutek odnosi już reklama leków dostępnych bez recepty. Gdy słyszę, jak w reklamie proponuje się w przypadku „guza prostaty” sięgnięcie po preparat, który „cię wyleczy”, to zastanawiam się ilu ludzi opóźni w ten sposób swoją wizytę u lekarza i narazi się na rozwój zaawansowanego raka prostaty. Podobnie rzecz się ma w przypadku zapalenia zatok (jest już reklamowany lek przeciwbólowy, który działa „na zatoki”) itp. itd.

Jestem za jak najszerszą i jak najbardziej rzetelną informacją zdrowotną dla pacjenta. Jestem mocno sceptyczny co do wolności reklamowania leków w ogóle, nie tylko tych na receptę.

W ogóle nie sądzę, aby można było – oceniając sprawę w skali masowej – liczyć na to, że uda się wyedukować ludzi nie związanych z medycyną na tyle aby mogli się leczyć sami. Istotnym problemem jest to, aby mogli oni znaleźć fachowych i zainteresowanych rzeczników ich interesów. Taką rolę mogłyby spełniać np. konkurujące ze sobą firmy ubezpieczenia zdrowotnego, które im bardziej zadbałyby o profilaktykę, oświatę zdrowotną, promocją prozdrowotnego stylu życia swoich ubezpieczonych, tym mniej wydałyby na ich leczenie.

  1. Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że rządy państw europejskich celowo próbują utrzymać monopol na informację medyczną, bo gdyby pacjenci dowiedzieli się o najnowszych osiągnięciach medycyny, zażądaliby tych usług w ramach ubezpieczenia, a na to żadnego z państw UE po prostu nie stać?

Patrząc na fachowość i poziom intelektualny polskiego rządu i słuchając wypowiedzi niektórych europejskich polityków, mam wątpliwości czy rządy europejskie są na tyle dalekowzroczne i świadome aby potrafiły w ogóle coś celowo robić, ale nie wykluczone, że robią to podświadomie, kierując się generalną zasadę, że głupimi łatwiej manipulować. Faktycznie – jeśli ludzie nie wiedzą jakie leczenie jest możliwe, to nie będą się jego domagać. Być może dlatego niektórzy z nostalgią wspominają służbę zdrowia z okresu PRL. Gdyby obiektywnie porównać to co wtedy robiono z tym, co jest dostępne obecnie, to uczyniliśmy ogromny postęp. Wówczas jednak świadomość społeczna co do tego, jakie są faktyczne możliwości leczenia (na świecie) była minimalna. Wszyscy pamiętają jedynie to, że jak ktoś był chory to trafiał (bezpłatnie) do szpitala. A że jego leczenie polegało później na leżeniu w łóżku i smutnym użalaniu się lekarzy nad jego stanem zdrowia – tego nikt nie pamięta, bo nawet o tym nie wie.

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Bukiel – przewodniczący Zarządu Krajowego OZZL