„Służba Zdrowia” Nr
93-96/2004 r.
Wynalazki na pobieranie
RYSZARD KIJAK
Za miedzą kombajny, a ojciec do syna mówi: „Mój dziad żnął sierpem,
mój łociec żnął sierpem, ja żnę sierpem, i ty też masz żnąć sierpem!”
„A dlaczego, tatku!?” „A bo tak było zawsze, i tak ma być teraz,
gówniarzu!”
Choć lubię i cenię Marka Balickiego za jego kulturę osobistą
i ogromną wiedzę merytoryczną z zakresu organizacji ochrony zdrowia,
zaczyna mnie on irytować swoim uporem w blokowaniu zakładom opieki
zdrowotnej możliwości pobierania od pacjentów opłat za świadczenia
zdrowotne. Irytacja moja jest tym większa, że minister Balicki
nie popiera swojego stanowiska żadnym aktem prawnym. Nie podaje
jakiegokolwiek przepisu, który by tego wyraźnie zabraniał.
Nie istniejące przepisy odrębne
W ogłoszonym 10 listopada br. komunikacie na ten temat, Ministerstwo
Zdrowia twierdzi, iż „Obecne przepisy prawne nie dają podstaw
do pobierania opłat przez publiczne zakłady opieki zdrowotnej
– od osób ubezpieczonych – za udzielone świadczenia opieki
zdrowotnej finansowane ze środków publicznych. W szczególności
nie jest możliwe pobieranie opłat za ‘omijanie’ list oczekujących
na udzielenie świadczeń zdrowotnych. Zgodnie z przepisami ustawy
o zakładach opieki zdrowotnej opłaty od osób ubezpieczonych
i innych osób uprawnionych mogą być pobierane jedynie wtedy,
gdy odrębne przepisy przewidują ich pobieranie.”.
No i nieprawda. Przeanalizujmy to dokładniej. W dosłownym brzmieniu,
art. 54 ust. 1 ustawy o zozach stanowi: „Samodzielny publiczny
zakład opieki zdrowotnej może uzyskiwać środki finansowe: 1)
z odpłatnych świadczeń zdrowotnych udzielanych na podstawie umowy,
chyba że przepisy odrębne stanowią inaczej (...)”. Jak więc widać,
interpretacja Ministerstwa Zdrowia to po prostu zwykłe nadużycie
i manipulacja, bowiem ustawa wcale nie uzależnia wprowadzenia
opłat od wydania odpowiednich przepisów odrębnych, jak to chytrze
sugeruje MZ. Mówi ona tylko, że chyba gdyby jakieś przepisy odrębne
na ten zostały wydane, to należałoby postępować zgodnie z nimi.
Ale takowych przepisów odrębnych nie ma. Jeśli by były, stanowiłyby
naruszenie swobody zawierania umów. Zresztą nikt takich przepisów
nie musiał wydawać, bo Konstytucja RP w art. 68 ust. 2 wymaga
jedynie, aby regulować ustawowo warunki i zakres udzielania świadczeń
finansowanych ze środków publicznych, a nie – z prywatnych.
Legalność odpłatności
W cytowanym art. 54 ust. 1 ustawy o zozach powiedziane jest wprost,
iż sp zoz może udzielać świadczeń odpłatnie. Podmiot, który
podlegałby owej odpłatności, nie został tu w żaden sposób określony.
Może to więc być zarówno NFZ, jak i pacjent indywidualnie.
Wystarczy tylko, aby sp zoz uzgodnił z pacjentem warunki umowy,
i wtedy żadne przepisy odrębne nie zabronią mu zapewnienia
osobie prywatnej udzielenia jej odpłatnych świadczeń zdrowotnych.
Co więcej, ustawa o zozach w art. 33, ust. 1 mówi tak: „Publiczny
zakład opieki zdrowotnej udziela świadczeń zdrowotnych finansowanych
ze środków publicznych osobom ubezpieczonym oraz innym osobom,
uprawnionym do tych świadczeń na podstawie odrębnych przepisów,
nieodpłatnie, za częściową odpłatnością lub całkowitą odpłatnością.”
Oznacza to, iż częściową lub całkowitą odpłatność da się zastosować
w odniesieniu do osób ubezpieczonych oraz innych uprawnionych
osób, i to w zakresie świadczeń finansowanych ze środków publicznych,
a więc nawet i tych, które są zakontraktowane!
Konstytucja RP również nie zabrania wprowadzenia bezpośrednich
dopłat pacjentów do świadczeń zdrowotnych, finansowanych ze środków
publicznych. Art. 68 ust. 2 wymaga jedynie, żeby dopłaty te były
równe dla wszystkich: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji
materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń
opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki
i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”.
Jest tu więc mowa o równym dostępie obywateli do świadczeń medycznych,
a nie o dostępie bezpłatnym. A równy dostęp może oznaczać: „bezpłatny
dla każdego”, ale tak samo dobrze może oznaczać: „częściowo (a
nawet całkowicie) płatny – w taki sam sposób dla każdego”. Przykładem
takiej równości są istniejące już teraz dopłaty pacjentów do
niektórych świadczeń stomatologicznych lub dopłaty do leków –
dopłaty są równe, czyli jednakowe dla wszystkich, bez względu
na ich sytuację materialną. Ale są.
Jeden tak, drugi wspak
Ani więc Konstytucja RP, ani inne przepisy prawa nie zabraniają
publicznym zakładom opieki zdrowotnej udzielania świadczeń
odpłatnie tym osobom, które tego same zechcą. I to – śmiem
twierdzić – także wówczas, gdy sp zoz nie wykorzystał jeszcze
zakontraktowanej w NFZ puli. A już w przypadku wyczerpania
limitu – sytuacja staje się jeszcze bardziej oczywista, bo
wówczas publiczne finansowanie tych świadczeń praktycznie ustaje.
Wygasa wtedy finansowanie ze środków publicznych, a więc warunków
i zakresu udzielania świadczeń nie musi już nawet w tym obszarze
określać żadna ustawa.
W świetle przytoczonych przepisów, oskarżanie zakładów, że pobierając
opłaty łamią konstytucyjną zasadę równego dostępu obywateli do
świadczeń finansowanych ze środków publicznych, jest zwykłym
ściemnianiem. Jeśli można mówić o postępowaniu wbrew prawu, to
przestępcami nie są tu świadczeniodawcy, a jest nim z pewnością
NFZ, który nierówno traktuje ubezpieczonych, zapewniając ubezpieczenie
tym, którzy w danym roku zachorują wcześniej, a pozostawiając
na lodzie pozostałych, z powodu wyczerpania środków.
I nawet jeśli mój ulubiony minister zdrowia Marek Balicki znalazłby
wreszcie (w co wątpię) jakiegoś haka na poparcie swojej tezy,
to i tak nie będzie miał racji, ponieważ nie może być tak, że
jeden przepis na coś pozwala, a drugi tego samego zabrania.
Skonkretyzowane propozycje
Podpisana pod komunikatem Ministerstwa Zdrowia miła i przesympatyczna
skądinąd Ewa Gwiazdowicz, obecny rzecznik prasowy MZ, zauważa,
iż „W okresie ostatnich miesięcy do Ministerstwa Zdrowia nie
wpłynęły żadne skonkretyzowane propozycje wprowadzenia opłat
od organizacji menedżerów opieki zdrowotnej, dyrektorów szpitali,
jak również od organizacji jednostek samorządu terytorialnego.”
No to ja się pytam (że użyję ulubionego zwrotu ministra Balickiego),
czy liczą się tylko ostatnie miesiące? A przedtem nic takiego
nie wpłynęło? A jak wpłynęło, to co, poszło do kosza? Czy każda
ekipa na Miodowej musi zaczynać wszystko od początku, i kasować
w czambuł to, co trafiło do poprzedników?
Nie wiem, czy od „menedżerów opieki zdrowotnej, dyrektorów szpitali,
jak również od organizacji jednostek samorządu terytorialnego”
coś na ten temat wpłynęło do MZ czy nie, ale wiem, że wpłynęło
przynajmniej od Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Wpłynął
otóż bardzo skonkretyzowany program „Racjonalnego systemu opieki
zdrowotnej”, który właśnie przewiduje rozwiązanie takich sytuacji.
Ale dla rządzącej obecnie ekipy, w tej chwili taki program –
to po prostu kosmos.
OZZL wydał 18 listopada oświadczenie, w którym uznał straszenie
dyrektorów sp zozów przez ministra Balickiego konsekwencjami
z powodu wystawiania pacjentom rachunków – za dyskryminację szpitali
publicznych w porównaniu z niepublicznymi (którym nie zabrania
się pobierania opłat) i za utrudnianie funkcjonowania placówek
publicznych: „Jednego dnia minister zdrowia krytykuje dyrektorów
szpitali publicznych, że niedostatecznie troszczą się o kondycję
materialną swoich zakładów, drugiego – zabrania im podejmowania
działań, mających na celu poprawę tej kondycji.”
Kolejka dwuosobowa
Na konferencji prasowej minister Balicki podobno stwierdził,
że pobieranie opłat za przeprowadzanie zabiegu bez kolejki
jest niezgodne z prawem (i to nawet jeśli pacjent chwilowo
zrezygnuje z ubezpieczenia w NFZ).
Jeśli warunkiem przeprowadzenia zabiegu jest kolejka, to Marek
Balicki nie ma racji, ponieważ chętni do płacenia też stoją w
kolejce, a zatem spełniają to nowe ustawowe kryterium. A jeżeli
nie znajdują się w kolejce, to jaki problem ją stworzyć? Chociażby
dwuosobową?
Problemu by nie było, gdyby NFZ płacił za nadlimity, i to nie
metodą degresywną, a po normalnej cenie. Skoro jednak wydębienie
z Funduszu pieniędzy za nadlimity graniczy z cudem, szpitale
zmuszone są albo zamykać izbę przyjęć na kilka ostatnich miesięcy
w roku, albo bezpośrednio pobierać opłaty od pacjentów.
Niektórzy świadczeniodawcy rozpatrują możliwość wykorzystania
pośrednika. Po wyczerpaniu swojego limitu, publiczny zakład opieki
zdrowotnej może przecież zawrzeć umowę z zakładem niepublicznym
i ustawić się w roli podwykonawcy, czyli subkontraktora. Zgłaszających
się pacjentów może skierować do zakładu niepublicznego, tylko
po to, aby wnieśli tam opłatę. Następnie publiczny zakład udzieli
im niezbędnych świadczeń, po czym rozliczy się z kontrahentem,
pozostawiając mu pewną kwotę za pośrednictwo.
Pobieranie i skracanie
Zamiast uporczywie tkwić w okopach, czy nie prościej byłoby wyjść
naprzeciw kryzysowi i zgodzić się z ciśnieniem prozy życia?
Przecież nie można dalej tolerować skandalicznej sytuacji,
gdy szpital na ostatnie trzy miesiące roku zamyka drzwi i przyjmuje
jedynie ostre przypadki (bo za pozostałe – jako ponadlimitowe
– i tak nie dostanie pieniędzy z NFZ), generując kolejkę, która
jak pandemonium ruszy do ataku pierwszego stycznia?
Już lepiej, jak planują dyrektorzy szpitali, podzielić cały przyszłoroczny
kontrakt na 12 równych części i konsekwentnie przestrzegać comiesięcznego
limitu. Powstanie wtedy taka sytuacja, że – zamiast dwóch-trzech
miesięcy pod rząd, „dni schładzania” będą występowały pod koniec
każdego miesiąca. Co miesiąc pojawią się wówczas łóżka „nie obłożone”.
Co komu przeszkadza, aby zajęli je pacjenci, którzy zechcą za
to zapłacić (niechby i po takiej samej cenie, jak płaci NFZ)?
Zajmą łóżka, które i tak by stały puste, sami będą załatwieni
szybciej, ale też jednocześnie wyjdą przecież z kolejki, która
tym samym skróci się dla pozostałych.
O tym pomyśle pisali już zresztą A. Gielewska i A. Sośnierz w
nr 89-92 SZ z br. Czy nie jest to rozwiązanie, które w naszym
chorym, idiotycznym systemie da szansę obydwu grupom pacjentów:
zarówno tym, którzy zapłacą, jak i tym, którzy nie zapłacą?
Nie rezygnując z obowiązku, zrezygnujmy z prawa
No dobrze, a co z pacjentem? Czy może on zrzec się chwilowo obowiązkowego
ubezpieczenia w NFZ? Oczywiście że nie. Pacjent nie może (nawet
na moment) wystąpić z ubezpieczenia powszechnego, bo jest to
jego obowiązek nałożony ustawą. Taka decyzja, moim zdaniem,
rzeczywiście nie ma podstaw.
Ale to nie rujnuje całego pomysłu, gdyż pacjent ma inne wyjście.
Otóż może on zrzec się swojego prawa do korzystania ze świadczeń
zdrowotnych, uzyskanego z tytułu ubezpieczenia obowiązkowego.
I to jest właśnie rozwiązanie najbardziej stosowne.
Bo zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych
ze środków publicznych (Dz.U. 210/04, poz. 2135), art. 2.: „1.
Do korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze
środków publicznych na zasadach określonych w ustawie mają prawo:
1) osoby objęte powszechnym – obowiązkowym i dobrowolnym ubezpieczeniem
zdrowotnym, zwane dalej ‘ubezpieczonymi’ (...)” i art. 67.: „2.
Osoba podlegająca obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego po zgłoszeniu
do Funduszu uzyskuje prawo do świadczeń opieki zdrowotnej” –
pacjent nabywa wynikające z obowiązku ubezpieczenia prawo (a
nie przymus!) do korzystania z zakontraktowanych dla niego świadczeń
opieki zdrowotnej. A każdy ze swojego prawa może zrezygnować
kiedy tylko zechce, i na jak długo zechce.
Czyli – obywatel musi płacić za ubezpieczenie obowiązkowe, ale
nie musi wcale z niego korzystać. Nie domagając się zwrotu kosztów
ubezpieczenia obowiązkowego, (potrąconych mu już zresztą z jego
podatku), jeśli chce, może oddzielnie zapłacić za świadczenie
komukolwiek, z kim tylko zawrze odpowiednią umowę. Także publicznemu
zakładowi opieki zdrowotnej (co udowodniłem wcześniej). Wystarczy
tylko, że chwilowo zrezygnuje z prawa do korzystania ze świadczeń
udzielanych w ramach ubezpieczenia powszechnego, nie rezygnując
wcale z polegającego na potrącaniu mu składki obowiązku uczestniczenia
w systemie NFZ.
Gadał dziad do obrazu
Wracając jeszcze do treści komunikatu MZ, pragnę zwrócić uwagę
na zawarty tam bardzo ciekawy passus: „W sytuacji, gdy dotychczasowe
regulacje okazują się nieodpowiednie lub nie rozwiązują pojawiających
się problemów należy zmieniać prawo, a nie nawoływać do jego
łamania.”
No, to już jest rzecz niesłychana! Oto organ uprawniony do inicjatywy
ustawodawczej apeluje do obywateli, żeby wzięli sprawy w swoje
ręce i sami zaczęli zmieniać prawo! Czyżby był to apel Ministerstwa,
abyśmy wyręczyli je w tej niewdzięcznej i nie przynoszącej popularności
robocie!? Namawia do rewolucji!? Czy to dyrektorzy zadłużonych
po uszy zozów mają to prawo zmieniać!? No to ja się pytam (że
znów użyję ulubionego zwrotu mojego ulubionego ministra): a od
czego jest rząd i parlament?
Szanowne Ministerstwo! Apelujecie sami do siebie, i zastanawiam
się, czy jest to objaw jakiejś choroby psychicznej, czy działanie
zamierzone. Ale, proszę bardzo, żeby było konstruktywnie, to
mam podpowiedź. Wystarczy, że minister Balicki napisze jedno,
i to bardzo krótkie rozporządzenie, składające się tylko z 4
słów: „Pobieranie opłat jest legalne”. Może to zrobić spoko nawet
w obecnym stanie prawnym. Jeśli się na to zdecyduje, osobiście
zgłoszę ten akt do Księgi Guinessa, jako najkrótsze rozporządzenie
wydane w dziejach PRL i RP, a może i nawet na świecie. Rekord
będzie nie do pobicia. Pożytek też.
|