Jak wygrać konkurs na ministra zdrowia.
Czy można wybrać najlepszego pływaka w kraju, organizując turniej bokserski? Z pewnością nie, nawet wtedy, gdy w turnieju wezmą udział tylko sportowcy trenujący pływanie. Podobnie nie znajdziemy najlepszego matematyka na drodze konkursu ortograficznego. Jest to tak oczywiste, że dziwić może tylko stawianie takich pytań. A jednak są dziedziny życia w naszym kraju, gdzie „konkurs” na określone stanowiska dokonuje się na takich – mniej więcej zasadach.
Weźmy taką służbę zdrowia. Wiadomym jest, od czasu tzw. transformacji ustrojowej, że wymaga ona istotnych zmian, aby stała się wydajna, nieskorumpowana, racjonalna, wydolna. Osobą, która – w naszych warunkach – odpowiada za kształt opieki zdrowotnej w Kraju i jej ewentualną reformę jest minister zdrowia. Można by więc przypuszczać, że ministrem zostanie ktoś, kto wygra „eliminacje” na najlepszy program zmian, a następnie program ten zrealizuje. Nasze doświadczenia są jednak zupełnie inne. Jaki „konkurs” trzeba wygrać aby zostać ministrem zdrowia? Jeden z poprzednich ministrów objął to stanowisko, bo akurat był jedynym lekarzem- posłem w partii, której „z klucza” przypadł ten resort. O innym mówiono, że zyskał wielkie zaufanie szefa swojego ugrupowania, bo skutecznie zatamował mu kiedyś krwawienie z nosa. Jeszcze inny wygrał, bo był nielekarzem i miał „zdolności menedżerskie”, a akurat „menedżeryzm” w służbie zdrowia był modny.
Niezależnie od wszelkich innych cech, najważniejszym „atutem” kandydata na ministra zdrowia wydaje się być umiejętność znalezienia się w kręgach zbliżonych do partii rządzącej i „elastyczność” w dopasowaniu się do politycznych realiów. Pamiętamy ministra zdrowia, który przekonywał, że 7,5 % jest więcej niż 10, a gdy raz publicznie w to zwątpił, to nazajutrz uroczyście odwołał. Pamiętamy wypowiedzi wielu innych ministrów ( z obecnym włącznie), którzy, gdy tylko wyrazili pogląd o konieczności wprowadzenia dopłat do leczenia, natychmiast się z tego wycofywali. Podobnie zresztą było z opinią o prywatyzacji. Jednoznaczny program kandydata na ministra może być w takiej sytuacji jedynie przeszkodą w zdobyciu stanowiska. Nic więc dziwnego, że takie konkretne programy pojawiały się bardzo rzadko, a jeżeli już, to dotyczyły spraw drugorzędnych (np. 17 kas chorych regionalnych, czy jedna ogólnopolska pod nazwą NFZ, a może znowu 5 nowych).
Jeśli zatem ktoś się jeszcze dziwi, że nie można znaleźć w Polsce choć jednego odważnego i zdecydowanego ministra zdrowia, to niech się już przestanie dziwić. Nie znajdzie się taki minister, bo w „eliminacjach” na to stanowisko odwaga, zdecydowanie, własne zdanie i konsekwencja są bardzo nisko punktowane. Wyżej jest koniunkturalizm, uległość wobec politycznych „realiów” i wierność wobec partii, która decyduje o obsadzie ministerialnego stołka.
Gdy spojrzeć na losy służby zdrowia w Polsce po roku 89, przychodzi na myśl dryfujący okręt, rzucany od czasu do czasu na boki niepokojami społecznymi lub doraźnymi pomysłami. Wśród tego chaosu niezachwiane pozostają tylko dwa trwałe elementy: bezpłatność leczenia i skąpość środków publicznych, przeznaczonych na służbę zdrowia. Każdy minister, który zachowa jednocześnie te dwie „podstawy ustrojowe” polskiej służby zdrowia będzie dobry. Może robić co chce: eksperymentować z „koszykiem”, ustalać „kolejki oczekujących”, tworzyć „sieci” szpitali, proponować „SUP-y”, wprowadzać koordynowaną opiekę zdrowotną albo rozdzielać ambulatoryjne leczenie od szpitalnego, przekształcać pogotowie ratunkowe, likwidować kasy chorych lub je łączyć itd. itp.. Dla rządzących to nawet lepiej, że się coś dzieje. Ludzie widzą, że reforma postępuje, a politycy „przywiązują wielką wagę do spraw związanych z ochroną zdrowia” ( jak się wyraził w liście do OZZL przedstawiciel premiera). Złym ministrem będzie ten, kto zechce naruszyć fundamenty obecnego ustroju. Nawet, gdyby miało się to okazać zbawienne dla służby zdrowia, w konkursie na stanowisko ministra przegra w przedbiegach.
Krzysztof Bukiel – przewodniczący ZK OZZL,
26 września 2006r.
|