O nas Sprawy organizacyjne Poczta do ZK OZZL Archiwum
Aktualności
Konferencje prasowe
Opinie prawne

„Gazeta Prawna” Nr 208, 22-24 października 2004 r.

CZAS PRACY LEKARZY
Prowizorka z dyżurami zaszkodzi pacjentom

Ryszard Kijak

Środowisko lekarskie uważa, że dyżury powinny być w całości wliczane do czasu pracy, i popiera projekt Komisji Europejskiej zmiany dyrektywy unijnej idący w tym kierunku. Sprzeciwia się temu polski rząd.

Niedawno Komisja Europejska przedstawiła Radzie projekt zmiany dyrektywy 2003/88/WE {SEC(2004) 1154}. Przewiduje on dopuszczenie w niektórych sytuacjach maksymalnego tygodniowego wymiaru czasu pracy do 65 godzin, przy 12-miesięcznym okresie rozliczeniowym, pod warunkiem wynegocjowania tego w układzie zbiorowym i wyrażenia zgody przez pracownika. W przypadku lekarzy, umożliwiłoby im to pełnienie 5-6 dyżurów w miesiącu, co zabezpieczyłoby potrzeby dyżurowe szpitali.

W warunkach polskich, do czasu wyraźnej poprawy skandalicznie niskich wynagrodzeń lekarzy pracujących w szpitalach publicznych (na co się jednak nie zanosi), najlepszym rozwiązaniem byłoby więc uelastycznienie przepisów unijnych.

– Jeżeli Polska i Wielka Brytania nie zgodzą się na wprowadzenie tej nowelizacji, to nie wejdzie ona w życie, ponieważ w Radzie obowiązuje zasada jednomyślności – mówi jednak posłanka do Parlamentu Europejskiego, prof. Barbara Kudrycka.

Zarówno bowiem Wielkiej Brytanii, jak i Polsce treść poprawki nie odpowiada. Strona polska uważa co prawda słusznie, iż proponowane rozwiązania powinno się wprowadzić na zasadzie indywidualnej umowy z pracownikiem bez konieczności angażowania w to zakładowego układu zbiorowego pracy, ale jednocześnie nie zgadza się z tym, aby cały czas dyżuru lekarzy był w całości wliczany do czasu pracy: wystarczy, jeśli wliczy się 10-20 proc. Ten ostatni pogląd nie jest z kolei zgodny z oczekiwaniami środowiska lekarskiego.

Początkowo wydawało się, że postanowienia dyrektywy 93/104/WE z 23 listopada 1993 r., zastąpionej później dyrektywą 2003/88/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z 4 listopada 2003 r., pozwolą na ucywilizowanie wszystkich problemów związanych z czasem pracy w Unii Europejskiej.

Okazało się jednak, że niektóre przepisy nie bardzo dają się zastosować w odniesieniu do pracowników pełniących dyżury – zatrudnionych w ochronie mienia, straży pożarnej, czy np. lekarzy. Nie mogą oni bowiem skorzystać nie tylko z 11-godzinnego minimalnego okresu nieprzerwanego odpoczynku dobowego, ale także często i z 24-godzinnego minimalnego nieprzerwanego odpoczynku tygodniowego, a ich czas pracy znacznie przekracza maksymalną 48-godzinną normę tygodniową, w którą wchodzą też i godziny nadliczbowe.

Prawodawstwo unijne każe wliczać dyżury do czasu pracy. Dzieje się tak na mocy wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), który 3 października 2000 r. orzekł w sprawie Sinap (C-303/98), gdzie skarżącymi byli hiszpańscy lekarze, iż cały czas dyżuru lekarskiego jest czasem pracy. Podobny wyrok (C-151/02), wydany również przez ETS, uzyskał 9 września 2003 r. niemiecki chirurg z Kilonii, Norbert Jaeger.

Natomiast polski Kodeks pracy, po ostatniej nowelizacji, nadal stanowi (w art. 1515), że czasu dyżuru, podczas którego pracownik nie wykonywał pracy, nie wlicza się do czasu pracy. Zaś jeśli chodzi o dyżur medyczny, ustawa o zakładach opieki zdrowotnej w ogóle wyłącza go z czasu pracy.

W związku z wyrokami ETS, czas pracy lekarzy, liczony według nowej wykładni, wydłużył się niepomiernie i przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Aby się do nich dostosować, należałoby radykalnie zmniejszyć liczbę dyżurów przypadających na każdego z lekarzy. Lecz wówczas nie da się zapewnić całodobowej ciągłości udzielania świadczeń medycznych w szpitalu.

Zaistniała sytuacja powoduje konieczność zatrudnienia nowych lekarzy. Tych jednak na unijnym rynku pracy przeważnie brak. Poza tym, każdy nowy etat to dodatkowe koszty dla pracodawcy. Ale jest też i druga strona medalu. O ile w krajach, w których lekarze zarabiają nieźle, łatwiej pogodzą się oni z utratą dyżurów, to np. w Polsce, gdzie zarobki w tym zawodzie są 5-10-krotnie niższe (i nic nie zapowiada ich wzrostu), pełnienie dyżurów jest w większości przypadków jedyną możliwością dorobienia do pensji.

Wybrnąć z tego impasu jest bardzo ciężko. Wprawdzie dyrektywa 2003/88/WE dopuszcza odstępstwa od ustalonych norm (jak np. zastosowanie 14-dniowego okresu rozliczeniowego w odniesieniu do minimalnego czasu odpoczynku, oraz zastosowanie 4-miesięcznego okresu rozliczeniowego w odniesieniu do maksymalnego 48-godzinnego wymiaru czasu pracy), ale ich wprowadzenie w Polsce będzie niezwykle trudne, ponieważ odstępstwa te mogą zostać przyjęte „w drodze przepisów ustawowych, wykonawczych lub administracyjnych lub w drodze układów zbiorowych lub porozumień pomiędzy partnerami społecznymi”. Zakładowe układy zbiorowe pracy zawierane są w ochronie zdrowia bardzo niechętnie, gdyż proponowane w nich zapisy dotyczące wynagrodzeń zupełnie nie satysfakcjonują pracowników. Dlatego mogą one nie odegrać roli w regulacji czasu pracy.

Gdyby jednak, na mocy innych przepisów, udało się te odstępstwa wdrożyć, to dzięki nim problem dyżurowy mógłby zostać znacznie zminimalizowany.

Zastosowanie wydłużonych okresów rozliczeniowych pozwoliłoby na kumulowanie przysługujących pracownikowi okresów odpoczynku, i oddawanie ich w postaci dni wolnych. Nastąpić by tu jednak musiała nowelizacja m.in. art. 32j. ust. 2 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej (w kierunku wliczenia całego dyżuru do czasu pracy), oraz art. 32j. ust. 7 tejże ustawy (zobligowanie pracodawcy do udzielenia lekarzowi dnia wolnego po każdym dyżurze, z zachowaniem prawa do wynagrodzenia).

– Ustawodawca, czy raczej „dyrektywodawca”, nie przyjmuje do wiadomości, że praca lekarza wymaga dłuższej obecności w szpitalu, i że przepisy opisujące pracę urzędników czy robotników budowlanych po prostu nie dają się tu zastosować – twierdzi prezes Naczelnej Rady Lekarskiej (NRL) Konstanty Radziwiłł. – I co ważne: nie wynika to z jakichś wąsko pojętych interesów lekarzy, ale stawką są tu takie sprawy jak konieczność zapewnienia ciągłości leczenia oraz możliwości kształcenia młodszych lekarzy i studentów.

W swoim stanowisku na ten temat NRL stwierdziła, iż podjęte przez Polskę działania dostosowawcze powinny m.in. doprowadzić do wzrostu bezpieczeństwa pacjentów, a w przyjętych rozwiązaniach należy także uwzględnić te postanowienia, które przewidują możliwość odstępstw od niektórych rygorów, przy czym owa implementacja nie może się dokonać kosztem zarobków lekarzy, zwłaszcza gdy konsekwencją przyjęcia w pełni na grunt polski rozwiązań europejskich będzie ograniczenie liczby dyżurów. Środki finansowe uwolnione w wyniku ich likwidacji w obecnej postaci, powinny zostać włączone do wynagrodzeń lekarzy, tak by nie ponieśli oni uszczerbku w następstwie reorganizacji zasad całodobowej opieki nad pacjentem.

NRL uznała też za konieczne wyeliminowanie z ustawy o zakładach opieki zdrowotnej przepisów nie uznających dyżuru medycznego za czas pracy, określających wymiar dyżuru, oraz utrzymujących fakultatywne prawo do czasu wolnego po zakończonym dyżurze. Dyżur powinien być w całości wliczony do czasu pracy, a prawo do czasu wolnego musi być obligatoryjne.

Podobne stanowisko reprezentuje Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy. Popiera on propozycje zmian dyrektywy 2003/88/WE, idących w kierunku dopuszczenia możliwości wydłużenia dozwolonego czasu pracy lekarzy do 65 godzin tygodniowo, przy rocznym okresie rozliczeniowym, za zgodą pracownika (ale bez konieczności uwzględniania tego w zakładowym układzie zbiorowym pracy), przy wliczeniu całego czasu dyżuru lekarskiego do czasu pracy.

Jeśli jednak Wielka Brytania i Polska sprzeciwią się wprowadzeniu tej nowelizacji, wymogi dyrektywy 2003/88/WE pozostaną bez zmian, a tym samym problem dyżurów lekarskich w Polsce nadal będzie nabrzmiewał. Co prawda dyrektywa 2003/88/WE przewiduje 5-letni okres dostosowawczy, ale jeśli nie dojdzie do jej uelastycznienia, to nic nie pomogą pomysły w rodzaju zastosowania pracy zmianowej lekarzy, przychodzenia do pracy na parę godzin po południu lub w nocy, czy też dyżuru pod telefonem. To wszystko prowadzi bowiem do pogorszenia jakości opieki lekarskiej nad pacjentem, a nie do jej poprawienia.