Polska (służba
zdrowia) papugą narodów.
Służba zdrowia
nie jest dla polityków atrakcyjnym tematem. Dużo lepiej czują
się oni w takich sprawach, jak prywatyzacja, podatki, służby
specjalne, budżet. Dlatego przez ogromną większość czasu
kadencji parlamentarnej, opieką zdrowotną politycy nie zajmują
się wcale. Przypominają sobie o niej dopiero w okresie
przedwyborczym, gdy dotrze do ich świadomości, że jest to ciągle
jeden z poważniejszych problemów życia codziennego milionów
Polaków, na którym można "zarobić" wiele głosów.
Efektem takiej
postawy jest to, że ogromna większość polityków nie ma poglądu
na to, jak powinna wyglądać służba zdrowia w naszym Kraju. Im
człowiek jest większym ignorantem w danej dziedzinie, tym chętniej
- co naturalne - sięga po porady ekspertów, zwłaszcza tych, którzy
odrzucają proste recepty, przedstawiają skomplikowane teorie i
proponują oryginalne rozwiązania. Jeszcze lepiej, gdy ekspert
taki, dla potwierdzenia słuszności swoich wywodów, posłuży się
przykładem jakiegoś obcego, dobrze rozwiniętego kraju.
Taka właśnie
sytuacja zachodzi od kilkunastu lat w odniesieniu do polskiej służby
zdrowia. Gdy przyszedł rok 1989 i można było wreszcie przystąpić
do porządkowania wielu spraw w naszej ojczyźnie, reforma opieki
zdrowotnej była jedną z najbardziej oczekiwanych zmian. Zniechęceni
dotychczasowymi doświadczeniami państwowej, centralnie zarządzanej
służby zdrowia, zwykli ludzie (pacjenci, lekarze, pielęgniarki)
myśleli wówczas prosto: trzeba wprowadzić normalne
ubezpieczenia zdrowotne i normalną konkurencję między
szpitalami, przychodniami, lekarzami. Niech firmy ubezpieczeniowe
zabiegają o klientów, proponując im jak najlepsze warunki
ubezpieczenia, a lekarze i szpitale niech się starają o pacjentów
oferując leczenie na możliwie najlepszym poziomie. Ci, których
wybiorą pacjenci - niech dobrze zarobią, a ci, u których
pacjenci nie będą chcieli się leczyć - niech nawet stracą
pracę.
Niestety nie udało
się tych prostych zasad wprowadzić w życie. "Pierwszemu
niekomunistycznemu rządowi" zabrakło determinacji, a może
odwagi. Później zaś... głos zabrali eksperci. Akurat w tym
czasie w Anglii, szczycącej się swoją państwową, powszechną
i bezpłatną służbą zdrowia, wprowadzono namiastkę rynku w
opiece zdrowotnej, co miało zwiększyć efektywność i poprawić
jakość lecznictwa. Symbolem nowych rozwiązań miały być
konkurujące ze sobą samodzielne szpitale, zabiegające o środki
publiczne, pozostające w dyspozycji tzw. lekarzy domowych z budżetem.
Ogłoszono światu, że znaleziono wreszcie sposób jak pogodzić
ogień z wodą czyli rynkową konkurencję między szpitalami i
lekarzami z powszechnym i bezpłatnym dostępem do lecznictwa,
finansowanego ze środków publicznych. Dla odróżnienia tego
rozwiązania od normalnego rynku, nazwano go "rynkiem wewnętrznym"
( jako, że konkurencja miała się odbywać "wewnątrz"
granic finansowych określonych przez polityków). Polskim echem
tego "wynalazku" było wpisanie do ustawy o zakładach
opieki zdrowotnej instytucji SPZOZ-u czyli samodzielnego,
publicznego zakładu opieki zdrowotnej. Początkowo była to uzupełniająca,
z czasem podstawowa forma organizacyjna szpitali i innych
publicznych zakładów udzielających świadczeń zdrowotnych.
Trudno powiedzieć,
czy pomysłodawcy SPZOZ-ów mieli jakąś wizję ostatecznego
kształtu systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. Jedno jest
pewne - nie wprowadzono do końca koncepcji angielskiej. Zabrakło
u nas przede wszystkim instytucji lekarza domowego z budżetem.
Dlaczego tak się stało? Być może do głosu doszli inni
eksperci, a może dotychczasowi zmienili zdanie. W Anglii coraz głośniej
zaczęto bowiem krytykować nowy model, a zwłaszcza niezwykłe
obciążenie obowiązkami administracyjnymi lekarzy domowych, którzy
musieli spełniać - po części - obowiązki ubezpieczyciela.
Tymczasem z innych, zamożnych krajów kuszono alternatywnymi
rozwiązaniami. Szwedzi na przykład zachwalali ich model samorządowej
służby zdrowia. Rozwiązania te zaczęto nawet wprowadzać w
Polsce w formie tzw. programu pilotażowego dla wielkich miast.
Nawiasem mówiąc jednocześnie z tym eksperymentem realizowano też
w pojedynczych miejscowościach koncepcję lekarza domowego (
rodzinnego) z budżetem.
Być może
mielibyśmy teraz w Polsce samorządową służbę zdrowia, gdyby
wybory w roku 1997 wygrała Unia Wolności i sama utworzyła rząd.
Politycy z tej właśnie partii byli szczególnie podatni na
podpowiedzi ekspertów - zwolenników "modelu szwedzkiego".
Jednak wybory wygrała AWS, której politycy - wcześniej związkowcy
NSZZ Solidarność - chętniej korzystali z pomocy ekspertów
niemieckich. Ci z kolei, co naturalne, za najlepszy uważali
system niemieckich kas chorych. Za przyjęciem tego modelu w
Polsce przemawiały również tradycje naszych, dobrze
wspominanych, kas chorych funkcjonujących w okresie międzywojennym.
Jednak AWS również nie była w stanie utworzyć samodzielnie rządu.
W czasie, gdy rząd Jerzego Buzka przedstawiał oficjalny projekt
ustawy, wprowadzającej kasy chorych, główna ekspertka w
ochronie zdrowia Unii Wolności, publikowała kontrprojekt -
samorządowej służby zdrowia, opracowany na "osobiste życzenie"
wicepremiera Balcerowicza. Nie wprowadzono zatem w Polsce modelu
niemieckiego. Kasy chorych straciły swoją samodzielność i
samorządność, "ożenione" z sejmikami samorządowymi,
straciły również wiele ze swoich uprawnień. Samorządowe
"piętno" otrzymały również SPZOZ-y, dla których
organami założycielskimi stały się lokalne samorządy. Powstała
hybryda budżetowo - ubezpieczeniowo - samorządowa, która -
niestety - nie przyniosła oczekiwanych rezultatów.
Nowemu ministrowi
zdrowia, panu Mariuszowi Łapińskiemu, jako zdeklarowanemu
socjaldemokracie bliscy są zwłaszcza ci eksperci, którzy potępiają
wszelkie elementy rynkowe w służbie zdrowia i chwalą
administracyjne zarządzanie lecznictwem. W wystąpieniach pana
ministra, zwłaszcza w pierwszych wersjach jego programu "Narodowej
Ochrony Zdrowia" widać całą paletę takich koncepcji.
Likwidacja kas chorych i stworzenie jednego "funduszu zdrowia"
to -w istocie - powrót do budżetowego systemu finansowania. Spójna
z tym była koncepcja przywrócenia rejonizacji szpitali i
finansowania ich w postaci określonego budżetu. Z czasem jednak
idea ta przestała się pojawiać w oficjalnych materiałach
ministerialnych. Nie ostał się długo również pomysł aby
pieniądze do poszczególnych świadczeniodawców trafiały za pośrednictwem
samorządów terytorialnych. To pewnie też jedno z ech ciągle
popularnej wśród ekspertów samorządowej opieki zdrowotnej. Skądinąd
wiadomo, że idea tak pomyślanej rejonizacji nie spodobała się
ekspertom banku światowego, którzy opiniowali pierwotną wersję
Narodowej Ochrony Zdrowia. Widać wyraźnie, że pan minister jest
rozdarty pomiędzy niezliczoną ilością eksperckich propozycji.
Już w samej końcówce prac nad ostatecznym kształtem rządowego
projektu ustawy o ubezpieczeniu w Narodowym Funduszu Zdrowia
pojawiła się raz jeszcze koncepcja lekarza rodzinnego z budżetem,
po czym też zaraz znikła. Jaka będzie ostateczna koncepcja
funkcjonowania świadczeniodawców - trudno powiedzieć. W treści
ustawy o ubezpieczeniu w Narodowym Funduszu Zdrowia, przesłanej
do sejmu, nie ma co prawda odpowiednich zapisów, ale pozostawiono
tam dużą swobodę płatnikowi w wyborze świadczeniodawców. Kto
wie, może nadzorowany przez ministra zdrowia Fundusz wybierać będzie
jedynie świadczeniodawców w pełni "kompleksowych".
Kompleksowość świadczeń jest bowiem jednym z najważniejszych,
a przy tym najmniej sprecyzowanych kryteriów konkursu ofert. Być
może jedynymi "kompleksowymi" świadczeniodawcami okażą
się SPZOZ-y przypominające dawne zespoły opieki zdrowotnej,
czyli oferujące jednocześnie usługi szpitalne, specjalistyczne
porady ambulatoryjne, podstawową opiekę zdrowotną, rehabilitację,
a może jeszcze zakłady opiekuńczo pielęgnacyjne i aptekę. Tak
właśnie mniej więcej ma wyglądać wg wielu ekspertów zakład
koordynowanej opieki kierowanej. To kolejny ich pomysł na
najbardziej efektywne wykorzystanie środków publicznych
przeznaczonych na powszechne i bezpłatne lecznictwo. Posłowie
Unii Wolności próbowali nawet - w sejmie poprzedniej kadencji -
"przemycić" taki "twór" do ustawy o
powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. Gdyby taki kompleksowy zakład
przypisać samorządowi terytorialnemu można by jednocześnie
nawiązać do samorządowego modelu opieki zdrowotnej, a trochę
do amerykańskiego HMO, również modnego wśród ekspertów.
Gdyby "kompleks" poszerzyć na obszar "regionu"
- mielibyśmy do czynienia wręcz z "konsorcjum zdrowia".
Takie rozwiązania już zresztą też były próbowane w Polsce w
pierwszej połowie ostatniej dekady XX wieku ( tworzono specjalne
"programy" współpracy wszystkich świadczeniodawców
działających na terenie kilku województw). Kompleksowość świadczeń
to chyba ostatnio najbardziej modne - wśród ekspertów ekonomiki
ochrony zdrowia - rozwiązanie. Po co tracić siły i środki na
konkurencję między sobą - mówią eksperci - kiedy można współpracować.
Jako dowód na słuszność swojej teorii podają nawet przykład
Stanów Zjednoczonych, gdzie podobne konsorcja odnoszą sukcesy i
stają się coraz popularniejsze. Zapominają jednak dodać, że w
USA ta forma organizacyjna działa w warunkach rynkowych i musi
konkurować o pacjentów z innymi zakładami, równie
kompleksowymi lub świadczącymi jeden rodzaj usług. Nikt nie
pomyśli tam nawet, aby jakiemuś "konsorcjum" nadać
monopol na terenie miasta, hrabstwa czy stanu.
Jak więc widać
z tego dość pobieżnego przeglądu, w ciągu ostatnich
kilkunastu lat przećwiczono w Polsce różne modele opieki
zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Żadne z tych
rozwiązań nie okazało się dobre - tak można wnioskować na
podstawie powszechnie wyrażanego przez ludzi niezadowolenia ze służby
zdrowia. Pewien wpływ na to miał z pewnością fakt, że żadnej
z próbowanych koncepcji nie zrealizowano do końca. Główną
przyczyną było jednak - moim zdaniem - zbytnie zaufanie polityków
do ekspertów, którzy odrzucają w ochronie zdrowia proste zasady
rynkowe i proponują w to miejsce różne "wynalazki".
Dla polityków - ignorantów owe "magiczne" rozwiązania,
niespotykane w żadnej innej dziedzinie mają walor szczególnie
skomplikowanej, eksperckiej wiedzy. Szkoda, że politycy nie chcą
przyjrzeć się jak na co dzień działa służba zdrowia w Polsce:
gdzie są zadowoleni pacjenci, dlaczego w jednych miejscach
lekarze i pielęgniarki lepiej zarabiają, co sprawia, że tu i ówdzie
skracają się kolejki do leczenia. Gdyby tej sprawie poświęcili
nieco więcej czasu, nie powtarzaliby - jak papugi- sformułowań
i "zaklęć" podsuwanych im przez ekspertów, ale
oparliby system opieki zdrowotnej na tych samych zasadach, które
- od tysięcy lat - sprawdzają się we wszystkich dziedzinach
działalności gospodarczej człowieka, wliczając w to szeroko
rozumiane usługi. Specyficzność usług zdrowotnych, której
nikt nie podważa, nie wymaga wprowadzania jakichś oryginalnych
mechanizmów funkcjonowania służby zdrowia, tylko szczególnej
postawy etycznej osób w niej zatrudnionych. Jest to indywidualna
cecha każdego lekarza, pielęgniarki, salowej i dyrektora
szpitala. Zasady rynkowe nie przeszkadzają aby te szczególne
zasady przestrzegać( co więcej - raczej w tym pomagają),
podobnie jak różne antyrynkowe rozwiązania nie chronią przez
ich nieprzestrzeganiem.
Krzysztof
Bukiel 16 listopada 2002r.
|