„Służba Zdrowia” Nr
17-20/2005, 7 marca 2005
Współpłacenie – wybór mniejszego zła
Ostatnia deska ratunku
Ryszard Kijak
Niedawno w Ministerstwie Zdrowia opracowano projekt nowelizacji
ustawy zdrowotnej, dopuszczający możliwość zawarcia przez pacjenta
umowy z wybranym szpitalem na odpłatne wykonanie świadczenia
medycznego.
Potwierdzenie, że publiczne zakłady opieki zdrowotnej mają prawo
do pobierania opłat od pacjentów ubezpieczonych w NFZ, może być
pierwszym krokiem w kierunku realizacji w przyszłości najbardziej
kontrowersyjnego pomysłu na uzdrowienie sytuacji w polskiej ochronie
zdrowia, czyli proponowanego w projekcie racjonalnego systemu
opieki zdrowotnej Porozumienia Środowisk Medycznych wprowadzenia
współpłacenia pacjenta za świadczenia udzielane przez placówki
publiczne.
O ile wielu ekonomistów i prawdopodobnie większość organizacji
funkcjonujących w opiece zdrowotnej popiera takie rozwiązanie,
to wśród polityków i przedstawicieli niektórych związków zawodowych
budzi ono opór. Oponenci twierdzą, że przy 6-milionowej sferze
ubóstwa i 18-procentowej strefie bezrobocia, współpłacenie spowoduje
utrudnienie, a w niektórych przypadkach nawet uniemożliwienie
dostępu do świadczeń medycznych pacjentom znajdującym się w trudnej
sytuacji materialnej.
Kogo nie stać – nie dopłaca
Owszem, do takiego dramatu mogłoby dojść, gdyby dopłaty miały
obowiązywać w każdym przypadku, i gdyby miały dotyczyć każdego
pacjenta bez wyjątku. Jednak autorzy koncepcji racjonalnego
systemu opieki zdrowotnej wcale nie zakładają takiej wersji.
Po pierwsze, z obowiązku współpłacenia zwolnieni byliby pacjenci
ubodzy. Ich koszt leczenia pokrywałaby (tak jak i dotychczas)
pomoc społeczna. Poza tym świadczeniodawca mógłby z własnej inicjatywy
odstąpić od wystawienia rachunku (lub od jego egzekwowania),
gdyby stwierdził, że chorego po prostu nie stać na zapłacenie.
Tak działo się przed wojną, kiedy to honorem lekarza było leczenie
ubogich za darmo. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tę humanitarną
tradycję kontynuować. A jeśli niektóre szpitale zostałyby włączone
do tzw. sieci, to one właśnie mogłyby pełnić rolę jednostek municypalnych,
dotowanych np. ze środków państwowych lub samorządowych, będąc
zobowiązanymi do bezpłatnego przyjmowania osób nie posiadających
własnych dochodów i żyjących poniżej minimum socjalnego.
Po drugie – żadnych dopłat w przypadkach nagłych. Tu nie ma czasu
na formalności, na sprawdzanie kto jest ubezpieczony a kto nie,
kto jest biedny, a kto bogaty. Ratowanie najwyższego dobra jakim
jest życie ludzkie nie może zależeć od kwestii materialnych,
a różnice finansowe pomiędzy poziomem partycypacji budżetowej
a faktycznymi kosztami powinny być pokryte ze środków publicznych,
i chyba co do tego nikt nie ma żadnych wątpliwości.
Po trzecie, współpłacenie nie dotyczyłoby procedur najdroższych,
jak np. przeszczepy narządów, itp. Na to nie byłoby stać nawet
obywateli należących do tworzącej się w Polsce klasy średniej.
Nic za darmo
Jaki mamy wybór obecnie? Według mnie, są tylko trzy wyjścia.
Pierwsze: radykalne zwiększenie odpisu na zdrowie z naszych
podatków. Ale budżet mówi, że jest biedny i ma dziurę, więc
nic z tego. Wobec tego drugie wyjście: współpłacenie. Pacjenci
mogą się na to zgodzić, i wtedy sprawa ruszy z miejsca. Ale
mogą powiedzieć, że też są biedni, i też mają dziurę, więc
też nic z tego. I wówczas zostanie trzecie wyjście, które okaże
się ślepym zaułkiem: dodatkowych pieniędzy nie ma, kolejki
rosną, jakość świadczeń ulega pogorszeniu, a zakłady publiczne
pozostają w permanentnym stanie progresywnego zadłużania się,
niezależnie od tego, czy wykorzystają oferowaną im ostatnio
pożyczkę 2,2 mld zł, czy nie, i czy uda im się uzyskać jej
umorzenie, czy nie. No a przy okazji zaczną plajtować producenci
leków i sprzętu medycznego, o czym mało kto pamięta. A tam
też pracują przecież ludzie, którzy pójdą na bruk.
Kto zna czwarte wyjście? Tylko proszę nie mówić, że sprawę załatwią
obciążenia sprawców wypadków kosztami ich leczenia i kosztami
leczenia ich ofiar, albo ubezpieczenia dodatkowe bez wprowadzenia
współpłacenia, bo wiadomo, że jest to kropla w morzu i kwiatek
do kożucha.
Mitem jest bowiem twierdzenie, że doubezpieczenia, czy też ubezpieczenia
dodatkowe, mogą funkcjonować wyłącznie na bazie wyższego standardu
świadczeń (jednoosobowa sala, telewizor, internet, lepsze wyżywienie).
Przy takim założeniu, zawsze będzie to tylko snobistyczny margines.
Natomiast szersze zastosowanie nowych form ubezpieczeń nastąpi
dopiero wtedy, gdy pojawi się współpłacenie. Bo jedynie wtedy
zaistnieje prawdziwa motywacja do ubezpieczenia się od takiej
ewentualności: „zapłacę dodatkowo miesięczną składkę w wys. np.
60 zł, i wtedy nie interesuje mnie, ile miałbym dopłacić w razie
choroby, gdyż będzie to problem ubezpieczyciela, a nie mój”.
Sukces na dwóch poligonach
Przeciwnicy współpłacenia powołują się na sprzeciw opinii publicznej,
ale nie przedstawiają żadnych dowodów na to, że pacjenci nie
chcą uiszczać tych dopłat. Tymczasem na pytanie CBOS: „co byś
kupił, gdybyś miał mnóstwo pieniędzy?” w r. 1992 co prawda
tylko 2 proc. ankietowanych przeznaczyłoby te pieniądze na
zdrowie, ale w r. 2001 pieniądze na zdrowie przeznaczyłoby
już aż 73 proc. respondentów. A na pytanie Pentoru (w ankiecie
zleconej przez OZZL): „jakie jest Pana(i) stanowisko w sprawie
ewentualnych dopłat pacjentów do kosztów leczenia?”, odpowiedzi
„zgodziłbym się na dopłaty do leczenia, gdybym miał pewność,
że radykalnie poprawi się funkcjonowanie służby zdrowia, nie
trzeba będzie czekać w kolejkach do leczenia, nie będzie trzeba
dawać łapówek, a każdy chory w razie potrzeby otrzyma odpowiednią
pomoc medyczną”, oraz „zgadzam się na dopłaty, jeżeli to choć
w minimalnym stopniu może uzdrowić naszą służbę zdrowia”, wybrało
69,5 ankietowanych. Na żadne dopłaty nie zgodziło się jedynie
26,8 proc. grupy reprezentatywnej.
Wyniki obydwu badań są dość zaskakujące, gdyż zaprzeczają obiegowej
opinii o powszechnej niechęci pacjentów do wnoszenia dodatkowych
opłat za leczenie. Opinia taka jest często formułowana przez
uprawiających populizm polityków i niektórych działaczy związkowych,
którzy sztucznie potęgują atmosferę zagrożenia, aby móc zdobywać
punkty jako obrońcy uciśnionych. W przypadku dopłat ich manipulacja
polega na tym, że nie mówią, co by było w zamian.
A w zamian byłoby to, co za pomocą konkurencji i współpłacenia
osiągnięto już w aptekach i w stomatologii. Bo o tak wyposażonych
aptekach i gabinetach stomatologicznych jak teraz, kiedyś mogliśmy
tylko pomarzyć. Aptekę i dentystę (stomatologa) mamy prawie na
każdym rogu ulicy. Sympatyczna obsługa, niczego nie brakuje,
a jeśli jest kolejka, to najwyżej kilkuosobowa. Współpłacenie
i konkurencja sprawiły, że ceny nie wzrastają, za to podnosi
się poziom świadczeń. Pomijając przestępstwa kryminalne, czy
ktoś ostatnio słyszał o szarej strefie czy niewydolności funkcjonalnej
w aptekach albo w gabinetach stomatologicznych?
Ostatni w skansenie
Dlatego trudno zrozumieć, komu i z jakich powodów zależy na utrzymaniu
komunistycznego skansenu w zakresie świadczeń zdrowotnych.
Dlaczego nie pozwala się tu na konkurencję i współpłacenie,
jak to się stało w przypadku aptek i dentystów? Chyba że się
przyjmie wersję o chęci partyjnego manipulowania trzydziestoma
miliardami zł rocznie. Bo pieniądz daje procent, a procent
można po cichu zagospodarować niekoniecznie tam, gdzie idzie
pieniądz.
We Francji pacjent płaci za wizytę u lekarza 20 euro, dostaje
rachunek, z którym idzie do swojej ubezpieczalni, i tam otrzymuje
zwrot 16 euro. Cztery euro to jego współpłacenie. Ogranicza to
zbędne wizyty po niepotrzebne porady. W Niemczech też wprowadzono
dość podobną zasadę i od tej pory niemieckie kasy chorych przestały
być deficytowe. Współpłacenie istnieje w Słowenii i w wielu innych
krajach.
W Polsce premier Hausner przez dwa dni podtrzymywał pomysł, żeby
pacjent płacił za wizytę u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej
2 zł. Gdybym był ekonomistą, wstydziłbym się wymyślić coś takiego.
Bo zagospodarowanie tych 2 zł kosztowałoby więcej, niż sama wartość
tej kwoty. Każdemu trzeba wypisać rachunek, przyjąć pieniądze,
zaewidencjonować je, przechować, zanieść do banku, zdeponować,
ponieść koszty utrzymania konta, itd.
Różne formy dopłat
Co innego 7-8 zł. Przy takiej wysokości, koszty pozyskania zostaną
zamortyzowane, a jednocześnie pojawi się pewna bariera psychologiczna
przed nadużywaniem wizyt, nie będąca zarazem przeszkodą nie
do przebycia przez osoby ubogie. I – przypominam – zawsze lekarz
mógłby przyjąć takiego pacjenta bezpłatnie. To wyłącznie sprawa
jego sumienia.
Jest to tylko jedna z form współpłacenia. Inną są tzw. koszty
hotelowe. Pacjent, który leży w szpitalu, nie zużywa w domu wody,
prądu, gazu, nie pierze pościeli i bielizny, nie wydaje pieniędzy
na wyżywienie. To wszystko funduje mu szpital i zatrudnieni w
nim pracownicy. Aby pacjentowi zapewnić te świadczenia, szpital
wpada w długi, a pracownicy otrzymują marne wynagrodzenie. Coraz
więcej zwolenników zyskuje więc pogląd, aby pacjenci partycypowali
przynajmniej w tych kosztach.
Poza tym szpital zapewnia też pacjentowi nieodpłatnie leki, za
które chory musiałby płacić sam, gdyby leczył się w domu.
W systemie proponowanym przez Porozumienie Środowisk Medycznych,
każdy świadczeniodawca w Polsce otrzymywałby od publicznego płatnika
tę samą stawkę za takie samo świadczenie, czego wymaga art. 68
ust. 2 Konstytucji RP („równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej
finansowanej ze środków publicznych”), ale skoro środki publiczne
nie są w stanie pokryć rzeczywistych kosztów tych świadczeń,
różnicę pomiędzy kwotą przydzieloną świadczeniodawcy przez dysponenta
środków publicznych za dane świadczenie, a faktycznym jego kosztem
w konkretnej placówce, uzupełniałby pacjent ze środków własnych
lub z doubezpieczenia. Inaczej zawsze będzie istniał deficyt
i zawsze publiczne jednostki opieki zdrowotnej będą się zadłużać.
Od tego się nigdy nie ucieknie. Nie ma takiej siły.
Hamulce pazerności
Obawa, że współpłacenie rosłoby w nieskończoność, nie miałaby
uzasadnienia, jeśli wprowadziłoby się konkurencję między świadczeniodawcami.
Wówczas bowiem pacjent dokonywałby wyboru placówki leczniczej,
kierując się nie tylko jakością udzielanych przez nią świadczeń,
ale także i wysokością żądanych dopłat. Przy porównywalnym
poziomie usług, ten ostatni aspekt odgrywałby decydującą rolę.
I jeśli zakład nie chciałby stracić klientów, nie mógłby żądać
od nich wygórowanych dopłat, bo inaczej pójdą oni do konkurencji,
co w efekcie postawi pod znakiem zapytania rację bytu zbyt
chciwej placówki. A w zakładach, które już przy obecnym finansowaniu
potrafią się utrzymać bez zadłużania, współpłacenia mogłoby
nawet nie być wcale.
Taki mechanizm może funkcjonować wyłącznie wówczas, gdy zlikwidowane
zostaną limity świadczeń. Wtedy zakładom opieki zdrowotnej opłaci
się przyjmowanie jak największej liczby pacjentów i oferowanie
im jak najwyższego standardu przy jak najniższym poziomie współpłacenia,
aby się nie dać prześcignąć konkurencji. I wówczas to pacjenci
zdecydują, czy dana placówka upadnie (bo po prostu do niej nie
przyjdą), czy przetrwa.
Aby zaś konkurencja była autentyczna, należy też znieść konkurs
ofert. Każdy podmiot, który spełni wymagane kryteria, powinien
mieć prawo do podpisania umowy z dysponentem środków publicznych,
o ile tego zechce.
Cały ten układ musi być oczywiście poddany kontroli. Podstawowym
mechanizmem kontrolującym byliby przede wszystkim sami pacjenci,
którzy – współpłacąc za poszczególne świadczenia – nie daliby
się wmanewrowywać w generowanie kolejnych niepotrzebnych wizyt
u lekarza, nadużywanie badań dodatkowych, czy hospitalizacji.
Hamulcem przed nadużyciami byłby też system RUM, a także bezpośrednie
działania sprawdzające prowadzone przez ubezpieczycieli. No i
konkurencja jako taka, eliminująca z rynku jednostki zbyt pazerne
i nierzetelne.
Tak że współpłacenie jest tylko jednym z elementów całego racjonalnego
systemu opieki zdrowotnej. Pozostałe, to: konkurencja pomiędzy
płatnikami środków publicznych o świadczeniodawcę, konkurencja
pomiędzy świadczeniodawcami o pacjenta, oraz zniesienie limitów
świadczeń i konkursów ofert. Każdy z tych elementów jest na tyle
istotny, że cały system nie zadziała, jeżeli któregoś z nich
zabraknie.
Zagospodarowanie szarej strefy
Nakłady na ochronę zdrowia ze środków publicznych oscylują w
Polsce w okolicach 4 proc. PKB. Jest to najmniej spośród wszystkich
krajów unijnych. Wśród pozostałych krajów, minimum wynosi 6,5
proc. PKB, a maksimum – 12 proc.
Nasi demagodzy doliczają do tych nakładów tzw. „szarą strefę”,
szacują ją na ok. 2,5 proc. PKB, i mówią, że w sumie nie jest
tak źle. Ale szara strefa to szara strefa. Część pieniędzy trafia
do jakichś fundacji, a prawdopodobnie większość do kieszeni prywatnych:
za ominięcie kolejki, za to że zoperuje ktoś z nazwiskiem, za
lepsze „części zamienne”, a nawet za to, że salowa przyniesie
basen.
Czy można to zjawisko ucywilizować? Pewnie, że można. Jak? No
właśnie za pomocą współpłacenia i zniesienia limitów, oraz wprowadzenia
wszystkich pozostałych składników racjonalnego systemu opieki
zdrowotnej. Bo wówczas pacjent nie będzie wciskał komuś wypchanej
koperty (kto o czymś takim słyszał w USA!?), tylko zapłaci oficjalnie
znacznie mniejszą kwotę do kasy zakładu opieki zdrowotnej, albo
przedstawi polisę ubezpieczenia dodatkowego (czy – jak kto woli
– doubezpieczenia), za co otrzyma gwarancję, że zostanie przyjęty
bezzwłocznie, i że zakład ten zrobi w jego sprawie wszystko,
na co pozwala mu jego potencjał.
Mobilizacja rezerw
Zakładowi będzie na tym zależało, gdyż nie dołoży do pacjenta,
a może nawet i osiągnie pewien dochód. Z tego dochodu stać
go będzie nie tylko na modernizację pomieszczeń i wyposażenia,
ale przede wszystkim na zmotywowanie pracowników i na uruchomienie
rezerw.
Wówczas szpital nie zamknie oddziałów po południu, ale pozostawi
je otwarte i przyjmie każdego o każdej porze, aż do wyczerpania
miejsc. Zabiegów programowych na bloku operacyjnym nie zaplanuje
tylko do godz. 1500, lecz do dobranocki, albo i do północy. Przyszpitalne
poradnie specjalistyczne nie zatrzasną drzwi po 7,5 godzinach
pracy, ale dopiero wtedy, gdy przyjmą ostatniego pacjenta.
A wszystko dzięki temu, że zakład będzie mógł odpowiednio zapłacić
za pracę swojej kadrze, oraz że będzie mógł zatrudnić dodatkowych
pracowników w miarę zapotrzebowania. Do osiągnięcia tego celu
zbędne są jakieś sup-y, czy inne chore wynalazki, bo nie uzdrowią
one niczego. Wystarczy tylko wprowadzić racjonalny system opieki
zdrowotnej.
|