Nowa teoria względności.
Artykuł napisany do Służby Zdrowia
Pamiętacie jeszcze PRL, a zwłaszcza ostatnie jej lata? Jeśli tak – to z pewnością łatwo odpowiecie na pytanie – czy ilość samochodów w tamtym czasie w Polsce była zbyt mała, zbyt duża, czy może w sam raz.
Wszystkim normalnym ludziom pytanie wydaje się proste, a odpowiedź oczywista. Samochodów było za mało. Wystarczy spojrzeć na ich ilość w przeliczeniu na liczbę mieszkańców i porównać ten wskaźnik z innymi, w miarę rozwiniętymi krajami świata. Podobną odpowiedź uzyskano by, pytając - w owym czasie – zwykłych ludzi, czy ich potrzeby w tym względzie były zaspokojone lub oceniając długość oczekiwania na samochód w tamtych latach.
Okazuje się jednak, że odpowiedzi na powyższe pytanie mogą być również inne. Gdyby – na przykład - ocenić ilość samochodów w tamtym czasie w stosunku do stanu i gęstości polskich dróg można by powiedzieć, że samochodów było w sam raz. Drogi nie były zatłoczone, a szybkość ich niszczenia nie przewyższała zbytnio możliwości ich naprawy. A gdyby porównać ilość samochodów do ilości benzyny dostępnej wówczas na stacjach paliwowych, odpowiedź byłaby tylko jedna - samochodów było za dużo, zdecydowanie za dużo! Władze PRL z pewnością chętnie w ten sposób tłumaczyłyby braki na stacjach benzynowych. Czy jednak ktokolwiek rozsądny by im uwierzył?
Okazuje się, że ta „nowa teoria względności” obowiązuje również dzisiaj, przynajmniej w odniesieniu do ilości szpitali i lekarzy w Polsce. Jeśli bowiem spytać pacjentów czy ich potrzeby zdrowotne są zaspokojone albo jeśli ocenić długość oczekiwania na różne świadczenia zdrowotne – można powiedzieć śmiało, że szpitali i lekarzy jest w Polsce za mało. Tę samą odpowiedź otrzymamy, gdy porównamy ilość szpitalnych łóżek i ilość lekarzy w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców z podobnymi danymi w większości porównywalnych krajów świata. Jeśli jednak ocenimy ilość szpitali pod względem przeciętnej odległości do nich dla większości obywateli, to możemy powiedzieć, że szpitali w Polsce jest akurat tyle ile trzeba. Podobnie jak ocenimy ilość lekarzy w stosunku do możliwości uzupełniania ich liczby w akademiach medycznych. A jednak władze RP od lat przekonują nas, że szpitali w Polsce, podobnie jak i lekarzy jest za dużo. W stosunku do czego ? Oczywiście w stosunku do ilości pieniędzy (publicznych), przeznaczanych na sfinansowanie świadczeń zdrowotnych, wykonywanych w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, gwarantowanego przez państwo. Można się jedynie domyślać, że jak przywódcom PRL było na rękę aby ilość samochodów w Polsce nie wzrastała, tak obecnym władzom jest na rękę aby nie wzrastała, a jeszcze lepiej aby malała, ilość szpitali, przychodni i lekarzy. Gdy bowiem „potencjał” materialny i intelektualny polskiej służby zdrowia się zmniejszy, to obecna ilość pieniędzy wyda się jakby większa i nikt już nie powie, że kolejki do leczenia są z braku środków, ale z powodu „naturalnych i obiektywnych” powodów. Problemem jest jednak to, że sprawy – naturalnie - idą w zupełnie odwrotnym kierunku. Akademie medyczne są oblegane przez kandydatów na lekarzy, świeżo upieczeni lekarze chcą się specjalizować i dalej kształcić, a szpitale nie chcą się likwidować, myśląc raczej o rozszerzeniu zakresu swoich usług. Wydaje się, że „nasi ukochani przywódcy”, zniechęceni dotychczasowym przebiegiem spraw, postanowili wziąć je w swoje ręce i nieco pokierować naturalnymi procesami. Pierwszym elementem tej „regulacji” będzie zmiana formy prawnej szpitali publicznych, które mają się stać spółkami prawa handlowego, podlegającymi zasadom rynkowym, a zwłaszcza prawu upadłościowemu. Jakkolwiek kierunek na urynkowienie lecznictwa jest kierunkiem właściwym, to jednak należałoby najpierw urynkowić finansowanie i kontraktowanie świadczeń zdrowotnych, a dopiero wtedy tworzyć „spółki lecznicze”. Przy obecnym sposobie finansowania jedynym pewnym efektem wprowadzanej zmiany będzie bankructwo większości nowych „spółek”. Jak się można domyślać, z punktu widzenia „naszych ukochanych przywódców” będzie to efekt korzystny. Aby bankructwo nie dotknęło niewłaściwych szpitali, zaplanowali oni dodatkowy element „regulacyjny” w postaci krajowej sieci szpitali chronionych przed upadkiem.
Jednak redukcja bazy materialnej służby zdrowia to nie wszystko. Pozostaje problem lekarzy, których „chore” ambicje nie pozwalają na bezproblemowe ograniczanie zakresu świadczeń zdrowotnych w Polsce i zamykanie szpitali przez urzędników. Najprawdopodobniej osoby zarządzające polską służbą zdrowia postanowiły rozwiązać i ten problem. Zarząd Krajowy OZZL otrzymał właśnie alarmistyczne listy od młodych lekarzy, którzy mieli zamiar rozpocząć w przyszłym roku specjalizacje w ramach tzw. rezydentur, czyli etatów specjalizacyjnych, finansowanych przez państwo. Ośrodki wojewódzkie, zajmujące się „dystrybucją” miejsc specjalizacyjnych poinformowały zainteresowanych, że ministerstwo zdrowia postanowiło nie finansować rezydentur na najbliższy termin – początek roku 2004. To oznacza praktycznie brak możliwości rozpoczęcia specjalizacji przez ogromną większość lekarzy, tych którzy nie pracują w klinikach i instytutach centralnych. Tzw. rezydentura jest to bowiem taki sposób specjalizowania się, który polega na tym, iż lekarz – za czas odbywania szkoleń - otrzymuje wynagrodzenie z budżetu państwa, a nie od swojego macierzystego zakładu pracy, ani od ośrodka szkolącego. Rezydentury wprowadzono przed kilku laty, razem z całą reformą systemu specjalizacji, która sama w sobie znacznie ograniczyła możliwość szkolenia. Sama idea rezydentur wydaje się słuszna. Pozwala bowiem lekarzowi na podjęcie specjalizacji bez uzyskiwania przez niego oddelegowania ze swojego macierzystego miejsca pracy. Uzyskanie takiego oddelegowania jest oczywiście bardzo trudne, bo jaki szpital, któremu brakuje pieniędzy aby płacić swoim pracownikom za pracę zechce płacić lekarzowi szkolącemu się poza szpitalem. Rezydentury mają jednak też swoją zasadniczą wadę. Ich ilość zależy bowiem od ministra zdrowia i przyznanego budżetu – czyli wprost od decyzji politycznej. A gdy polityczną „racją stanu” jest ograniczenie ilości wykształconych lekarzy – sprawa może stać się wręcz beznadziejna. Wygląda na to, że z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. Młodzi lekarze zmobilizowali wszystkie siły aby sprzeciwić się tej blokadzie w dostępie do szkolenia. Wysłali listy do Ministra Zdrowia, parlamentarzystów, dziennikarzy, samorządu lekarskiego, naszego związku. Od posłów uzyskali obietnicę, że będą oni w tej sprawie interweniować na forum sejmu. Podobno nawet jedno z posiedzeń komisji zdrowia ma być poświęcone problemowi zgłoszonemu przez młodych lekarzy. Wiem, że również dziennikarze zainteresowali się sprawą. List do ministra zdrowia wystosował OZZL. Pewnie jeszcze tym razem uda się lekarzom „wyrwać” parę rezydentur od urzędników - chociaż z pewnością będzie to liczba znacznie poniżej potrzeb – ale problem pozostanie. Problemem tym jest aktywne kreowanie, a właściwie fałszowanie obrazu polskiego lecznictwa przez urzędników i polityków. Zamiast dopasowywać możliwości służby zdrowia do potrzeb obywateli, chcą oni ograniczyć potrzeby do zaplanowanych możliwości.
Suplement
Już po napisaniu powyższego tekstu otrzymałem z ministerstwa zdrowia potwierdzenie, że omówiona wyżej nowa teoria względności stosowana jest także na innych polach opieki zdrowotnej. Ministerstwo przesłało bowiem do zaopiniowania projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia, które określać ma m. innymi wysokość opłat, jakie zakłady opieki zdrowotnej mogą pobierać od firm ubezpieczeniowych za udzielenie informacji tym firmom o stanie zdrowia określonej osoby ( ubezpieczającej się w danej firmie). Zgodnie z projektem rozporządzenia – opłata taka, płacona przez firmę, ma wynosić: od 2% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw – w przypadku żądania informacji za okres ostatnich dwudziestu czterech miesięcy, licząc od dnia złożenia wniosku, do 15%, gdy informacja ma dotyczyć 96 miesięcy. Jeśli dobrze rozumiem treść proponowanego rozporządzenia, udzielenie informacji, o której mowa, polegać będzie na przejrzeniu zapisów (dzisiaj już w większości elektronicznych) o wizytach danego pacjenta w danym zakładzie ochrony zdrowia ( na przykład w poradni kardiologicznej) w określonym czasie – na przykład 2 lat – i sporządzeniu na tej podstawie oczekiwanej opinii. W uzasadnieniu do rozporządzenia można przeczytać następujące słowa: przyjęte w projekcie rozporządzenia opłaty wynikają z oszacowania uwzględniającego nakład pracy i zaangażowane środki, które są niezbędne do przygotowania informacji... Zastanawia mnie czy „nakład pracy i zaangażowane środki” w tym przypadku są większe czy mniejsze niż w przypadku domowej wizyty lekarskiej, wykonywanej dodatkowo po normalnych godzinach pracy. Pamiętam bowiem, iż w lipcu 2001 roku, Zarząd Krajowy OZZL otrzymał do zaopiniowania projekt innego rozporządzenia Ministra Zdrowia, który określał wynagrodzenia lekarzy, powołanych do pracy przy zwalczaniu epidemii. Autorzy tamtego rozporządzenia zaproponowali aby lekarz, który poza normalnymi godzinami pracy zostanie wezwany do wykonywania wizyt domowych u pacjentów, otrzymał za każdą taką wizytę wynagrodzenie „ w wysokości 0,5 % przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw...” . Różnica w wynagrodzeniach jest aż czterokrotna. Czy wynika ona rzeczywiście z tak wielkiej różnicy w „nakładzie pracy i zaangażowanych środkach”, czy może powodem tak odmiennego podejścia do podobnej sprawy jest fakt, iż w pierwszym przypadku ( lepszego wynagrodzenia) płatnikiem ma być firma ubezpieczeniowa, a w drugim – budżet państwa ?
Krzysztof Bukiel
25 października 2003r.
|