„Jak zarobię 400 zł na
miesiąc, to się bardzo cieszę”
Doktor Olga
RYSZARD KIJAK
Olga mówi ładną, płynną polszczyzną, ale z wyraźnym, śpiewnym
akcentem rosyjskim. Przyjechała z białoruskich Baranowicz, prawie
200-tysięcznego miasta, oddalonego od granicy polskiej o 150
km.
- Cała moja rodzina, zarówno ze strony mamy jak i taty, pochodzi
z Baranowicz i okolic – wspomina. – A ich rodzice i dziadkowie
wywodzą się spod Grodna i Mińska. Wszyscy uważali się za Polaków.
Na Białorusi obywatele innej narodowości nie mieli z tego powodu
większych problemów. Ja przynajmniej tego nie odczułam. Ale zawsze,
kiedy trzeba było podać narodowość, brzmiało to trochę dziwnie.
Na przykład w szkole, w dzienniku klasowym: „Białorusin, Białorusin,
Białorusin, Polak...”. Przed przyjazdem do Polski mówiłam przeważnie
po rosyjsku, a trochę po białorusku. Po polsku rozmawiałam z
babcią. Wszyscy jesteśmy katolikami. W Baranowiczach był jeden
kościół, teraz wybudowano jeszcze dwa. Ale w czasach komunizmu
lepiej było się nie przyznawać, że ktoś chodzi do kościoła czy
do cerkwi. Mama mówiła nam, żeby nikomu nie opowiadać, że w domu
wiszą święte obrazy.
Cztery podejścia
Do połowy lat 90-tych w Baranowiczach nie było żadnej wyższej
uczelni. Powstały one dopiero później. Większość z nich to
szkoły prywatne. Ola, jeszcze będąc w przedszkolu, postanowiła
zostać lekarzem. I dopięła swego, choć nie wybrała najłatwiejszej
drogi. Tuż przed skończeniem szkoły podstawowo-średniej pojechała
do polskiej ambasady w Mińsku i tam próbowała zdać egzaminy
na medycynę w Polsce. Za pierwszym razem się nie udało.
- Byłam pewna, że egzaminy te będą tłumaczone na rosyjski. Okazało
się, że nie. Były po polsku, a ja wówczas niezbyt dobrze miałam
opanowany ten język. Dlatego oblałam. I wtedy pewna nauczycielka,
która przyjeżdżała do Baranowicz z Warszawy, zabrała mnie ze
sobą i pomogła znaleźć pracę. Przez cztery miesiące opiekowałam
się starszą panią. Za zarobione pieniądze kupiłam sobie polskie
książki i w wolnym czasie uczyłam się. I to była moja najbardziej
intensywna nauka języka polskiego. Z Warszawy wróciłam w swoje
strony i za drugim razem zdałam egzaminy bez żadnego problemu.
A konkurencja była duża, bo na jedno miejsce, które Białoruś
dostała w przydziale (i to nie na medycynę, lecz na farmację)
zgłosiło się 20 kandydatów. I mimo, że Ola okazała się najlepsza,
na ostateczną decyzję czekała prawie pięć miesięcy. Od maja do
września 1995 r.
- Bardzo długo nie wiedziałam, czy na pewno będę mogła jechać,
i gdzie pojadę. Byłam przekonana, że wyślą mnie do Łodzi albo
do Lublina, bo tam są prowadzone kursy przygotowawcze dla obcokrajowców.
Ostatecznie trafił mi się Białystok, gdzie rok wcześniej też
uruchomiono taki kurs. No i dobrze, zawsze to bliżej rodziny.
Studiując na pierwszym roku, jeździłam do domu co trzy tygodnie.
Na kursie przygotowawczym udało mi się nawet zmienić kierunek,
z farmaceutycznego na lekarski. Wystarczyło napisać podanie.
Kurs kończył się egzaminem. Wszyscy zdali. Ale co z tego? W miesiąc
później zrobiono nam jeszcze jeden egzamin, tym razem w Łodzi,
oparty na całkiem innym programie, niż ten, który realizowany
był w Białymstoku. I wtedy trzy osoby odpadły. Dwie z nich to
koleżanki z Kazachstanu. Jedna skończyła później pielęgniarstwo
w Lublinie, a druga pedagogikę we Wrocławiu. Tak że w sumie egzaminy
na medycynę zdawałam cztery razy. A kurs w Białymstoku nigdy
więcej już się nie odbył. Podobno fundacja, która się tym zajmowała,
została rozwiązana.
Po lepsze papiery
Kurs przygotowawczy okazał się na tyle skuteczny, że w czasie
studiów Ola nie miała kłopotu ze zrozumieniem wykładów i ćwiczeń.
- Natomiast jeśli chodzi o inne, niemedyczne zagadnienia, to
nie zawsze jestem pewna, czy potrafię to dobrze wyrazić po polsku
– mówi z rozbawieniem. – Na przykład wydaje mi się, że do tej
pory nie umiem dokładnie określić, jakie studia skończyli moi
rodzice i jakie mają zawody. Mama jest absolwentką wydziału żywienia
„tiechnologiczeskowo instituta” w Doniecku na Ukrainie i jest
inżynierem od żywności, a tato jest po politechnice w Mińsku
i ukończył wydział budowy maszyn. To jak to będzie: „inżynier
budowy maszyn”?
Po studiach Ola postanowiła odbyć w Polsce staż podyplomowy i
zrobić tu specjalizację. Miałaby wtedy lepsze „papiery”, niż
białoruskie.
- Białoruska specjalizacja nie będzie nigdzie uznawana, bo jest
ona połączona ze stażem podyplomowym i trwa tylko półtora roku.
W półtora roku po studiach jesteś już specjalistą. Tak samo jest
w Rosji. Tego żadne zachodnie kraje nie uznają. Dlatego wolałam
zostać w Polsce, choć nie było to takie łatwe, i właściwie nie
spodziewałam się, że mi się to uda. Wszystko trzeba było załatwiać
w Ministerstwie Zdrowia. Ale najpierw musiałam zalegalizować
pobyt w Polsce. Każdy, kto się stara tutaj o pobyt, musi spełnić
trzy warunki: udokumentować zabezpieczenie utrzymania, przedstawić
motywację pobytu i umowę o wynajęciu mieszkania. Po stażu otrzymałam
zgodę ze Szpitala Klinicznego i z Akademii Medycznej w Białymstoku
na specjalizację (wybrałam anestezjologię) i na tej podstawie
dostałam zezwolenie pobytu na dwa lata. Moja koleżanka, polska
lekarka, zobowiązała się, że zapewni mi utrzymanie.
Równi i równiejsi
Tak że na razie Ola może przebywać w Polsce dwa lata, choć specjalizacja
trwa pięć lat. W międzyczasie złożyła podanie o nadanie jej
obywatelstwa polskiego. Liczy na to, że otrzyma je niebawem,
i wtedy kwestia przedłużania zezwolenia na pobyt zniknie, a
wraz z nią zniknie też problem braku zezwolenia na pracę.
- Gdybym złożyła wniosek o specjalizację i jednocześnie o stypendium,
to nie dostałabym zgody na specjalizację. Bo za dużo bym chciała,
a na to nie ma pieniędzy. Wolałam więc nie ubiegać się o pomoc
finansową, co i tak jest korzystne, bo przynajmniej nie muszę
płacić za to, że się specjalizuję. A znam takich, którzy faktycznie
płacą. Ale o stypendium można pisać podanie co rok, więc chyba
jednak teraz spróbuję. Starałam się też o przyjęcie na studium
doktoranckie. Ustawa o szkolnictwie wyższym w tym zakresie gwarantuje
obcokrajowcom takie same prawa, jak obywatelom polskim. Ale to
tylko teoria. W praktyce, każda uczelnia stawia inne warunki.
Mnie kazano zapłacić za studium trzy tysiące euro. Nie miałam
skąd wziąć tak ogromnych pieniędzy, więc sobie odpuściłam. Niektórym
udało się lepiej. Za przyjęcie na studium nie zapłacili nic.
A mój kolega w Gdańsku trafił całkiem super. Nie dosyć, że zakwalifikowali
go bez żadnego problemu, to jeszcze dali tysiąc złotych miesięcznego
stypendium.
Oszczędności i sprzątanie
Specjalizacja specjalizacją, ale za coś trzeba żyć. Trochę nie
wypada korzystać ciągle z pomocy koleżanki. Z medycyny doktor
Olga nie może się utrzymywać, bo wprawdzie dostała prawo wykonywania
zawodu, lecz z adnotacją, że dotyczy to tylko placówki, w której
robi specjalizację, i tylko dla celów szkoleniowych, a nie
zarobkowych.
- W tym momencie jako lekarz w Polsce zarobkować nie mogę. A
jako nie-lekarz, też muszę mieć zezwolenie na pracę. Najpierw
powinnam znaleźć pracodawcę, który chciałby zatrudnić obcokrajowca.
Następnie urząd pracy musiałby stwierdzić, że na to miejsce w
ciągu dwóch tygodni od wpłynięcia wniosku nie zgłosił się żaden
obywatel polski. Potem pracodawca powinien wystąpić do wojewody
o pozwolenie na pracę dla mnie. Raz spróbowałam tej drogi, i
nic z tego nie wyszło. A poza tym, nie mam ubezpieczenia zdrowotnego.
Kiedyś zgłosiłam się do Kasy Chorych. Chciałam sama opłacać swoje
składki zdrowotne. Powiedzieli, że się zgodzą, ale pod warunkiem,
że wniosę przedpłatę w wysokości czterech tysięcy zł. Takim majątkiem
nie dysponowałam, i na tym temat się skończył.
Z czego więc żyje pani doktor? Może to wydaje się niewiarygodne,
ale Ola twierdzi, że co miesiąc potrafiła zaoszczędzić prawie
połowę z pięćsetzłotowego stypendium, otrzymywanego w czasie
studiów. Akademik miała nieodpłatnie, część pieniędzy szła na
wyżywienie, miesięcznie mogła więc zostawić sobie około dwieście,
dwieście pięćdziesiąt zł. A już z pieniędzy za staż (tysiąc zł
miesięcznie!) udało się jej zaoszczędzić jeszcze więcej, choć
trzeba było płacić za mieszkanie. Ale same oszczędności nie wystarczą,
Ola pracuje więc dorywczo. Na przykład, dwa razy w miesiącu pani
doktor sprząta koledze mieszkanie. Opiekuje się też dzieckiem
koleżanki. Za wynajęty w bloku pokój płaci 160 zł. Pokój był
nieumeblowany. Przez kilka miesięcy doktor Ola spała na podłodze.
Potem znalazło się łóżko polowe, a niedawno – prawdziwe łóżko.
Kolega, który wyjechał do Anglii, pożyczył jej biurko.
- A teraz jest jeszcze półeczka na książki. Taka fajna, duża.
Od kolegi. Ale nie od tego, który wyjechał do Anglii, tylko od
innego. No a utrzymanie? W sumie, jak zarobię czterysta zł na
miesiąc, to się bardzo cieszę.
Żadna korzyść dla Polski
O zgodę na specjalizację Ola ubiegała się w Ministerstwie Zdrowia
dwa razy. Zgodę otrzymała za pierwszym razem, ale wniosek musiała
skompletować po raz drugi, ponieważ w międzyczasie jej wszystkie
dokumenty zginęły. Ot tak, po prostu. Przepadło wszystko. Cała
teczka.
- Starając się o stypendium, będę musiała dostarczyć jeszcze
i inne dokumenty. Między innymi – zaświadczenie o pochodzeniu
polskim, oraz o mojej aktywności w zakresie działalności polonijnej.
Trochę się przysłużyłam. Do polskiej biblioteki w Baranowiczach
przywiozłam wiele polskich książek, które przekazał mi docent
Tadeusz Moniuszko z Akademii Medycznej w Białymstoku.
Co Olę najbardziej wkurzyło w Polsce? Nie chamstwo niektórych
osób, bo to jest wszędzie.
- Kiedyś, na egzaminie, usiadłam na taborecie i oparłam ręce
o kolana. I wtedy pani profesor powiedziała, że nie jestem na
zebraniu partyjnym, i w Polsce się tak nie siedzi. To mnie bardziej
zbulwersowało, niż jakieś tam różne opinie ludzi złośliwych.
A innym razem, w jednym z urzędów było tak, że zapytałam panią,
czy mogę się starać o stały pobyt. Bo mając stały pobyt, nie
trzeba mieć zezwolenia na pracę. Można pracować. I pani stwierdziła,
że ja w ogóle nie mam podstaw do ubiegania się o kartę pobytu
czasowego, już nie mówiąc o pobycie stałym. A to, że jestem po
roku kursu przygotowawczego, że skończyłam studia, i że jestem
po stażu, to czysto nieważne, bo nie przynoszę żadnej korzyści
dla Polski. Ewidentnie się wkurzyła, i gdy wychodząc powiedziałam
„do widzenia”, to pożegnała mnie oświadczeniem, że wcale nie
muszę robić specjalizacji w Polsce. Kiedy więc składałam dokumenty
na przedłużenie ważności karty czasowego pobytu, to już nie poszłam
do niej, tylko do jej kierownika. Okazał się bardzo miłym człowiekiem,
wszystko dobrze wytłumaczył, jestem mu bardzo wdzięczna. Zapewnił,
że nie ma żadnych przeszkód, aby przedłużyć mi pobyt czasowy.
W sumie, nie jest najgorzej. Bardzo się cieszę, że spełniają
się moje plany. W Polsce spotkałam wielu miłych i życzliwych
ludzi, którzy ogromnie mi pomogli. A czterysta zł, które udaje
mi się czasem zarobić, to bardzo dużo pieniędzy. Naprawdę da
się przeżyć za taką sumę – kończy optymistycznie doktor Olga.
Do Europy na darowanym łóżku
Ten ostatni pogląd z całą pewnością podzielają polscy pracodawcy,
którzy uważają, że lekarze i tak zarabiają za dużo. Po co im
pieniądze na porządny wypoczynek po odpowiedzialnej i stresującej
pracy, po co pieniądze na literaturę naukową, na kursy, szkolenia
i na konferencje naukowe. Po co mają utrzymywać rodziny i finansować
wykształcenie swoich dzieci. Na co im własne mieszkanie, albo
nawet dom. No i po co im samochód. Na wezwanie do szpitala
mogą przecież pojechać rowerem, albo się przebiec dla zdrowia.
Mogą żyć tak, jak doktor Olga. Na darowanym łóżku i z pożyczonym
biurkiem, po pracy sprzątając mieszkania kapitalistów, i niańcząc
cudze dzieci.
Właśnie weszliśmy do Europy.
„Służba Zdrowia” nr 39-42, 27 maja – 7 czerwca 2004 r.
|