
Konflikt praw konstytucyjnych w ochronie zdrowia
W Konstytucji RP znajdują się dwa ważne zapisy odnoszące się
do ochrony zdrowia, oba zawarte w art. 68. Pierwszy stwierdza,
że „każdy ma prawo do ochrony zdrowia”. Drugi – przyznaje obywatelom
prawo „równego dostępu” do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej
ze środków publicznych.
Pierwsze, z wymienionych praw, należy stosować bezpośrednio
– tak, jak zostało ono zapisane w Konstytucji, drugie – zgodnie
z ustawą zwykłą, która ma ustalić „warunki i zakres udzielania
świadczeń”.
Ową ustawą jest ustawa z dnia 27 sierpnia 2004r o świadczeniach
opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych, która
zastąpiła swoją niesławną poprzedniczkę - ustawę o NFZ, uznaną
przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodną z Konstytucją. W
istocie, nowa ustawa niewiele różni się w tym zakresie od poprzedniej.
Nie ma w niej spisu świadczeń gwarantowanych, a jedynie tzw.
„koszyk negatywny”, na podstawie którego należy się domyśleć,
że wszystko co poza nim – jest dostępne w ramach powszechnego
ubezpieczenia zdrowotnego. Zupełnie nic nie zmieniło się natomiast
w określeniu – co należy rozumieć przez „równy dostęp” do tych
świadczeń. Może nie wszyscy to zauważają, ale ustawa nie stosuje
tutaj jednej definicji „równego dostępu”, ale trzy. Na przykład
w odniesieniu do zaopatrzenia w leki (to też jest świadczenie
opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych) ustawa
traktuje „równy dostęp” raz jako „równy udział” pacjentów w
pokrywaniu kosztów świadczenia (tak należy rozumieć opłatę
ryczałtową za leki), drugi raz – jako „równą refundację” ze
środków publicznych za określone świadczenie, niezależnie od
faktycznej jego ceny (tzw. limit ceny za dany lek). W przypadku
usług zdrowotnych „równy dostęp” został zdefiniowany jako „dostęp
bezpłatny”. Nie trudno zauważyć, że powyższe definicje nie
są ze sobą tożsame. Jeśli bowiem stosuje się zasadę „bezpłatności”
dla pacjenta – to jest oczywiste, że w przypadku tego samego
świadczenia (np. operacja wyrostka) kwota refundacji ze środków
publicznych będzie większa w klinice warszawskiej niż na przykład
w szpitalu powiatowym pod Szczecinem.
Chociaż w ustawie zastosowano aż trzy różne definicje „równego
dostępu”, nie oznacza to wcale, że wszystkie one są równie
właściwe. Okazuje się bowiem, że gdy za „równy dostęp” uważa
się dostęp bezpłatny, to nie można w praktyce pogodzić prawa
do „równego dostępu” z prawem do ochrony zdrowia.
Cóż to bowiem jest „prawo do ochrony zdrowia”? Jest to po
prostu prawo do podejmowania takich działań, które – w opinii
obywatela – najlepiej służą jego zdrowiu. Zatem, gdy dana osoba
stanie wobec konieczności czekania w długiej kolejce na odpowiednie
świadczenie zdrowotne, finansowane ze środków publicznych –
ma prawo do zrobienia wszystkiego (oczywiście legalnie), aby
tę kolejkę ominąć. Wiadomą bowiem rzeczą jest, że gdy chory
czeka w kolejce na leczenia, stan jego zdrowia może się pogorszyć,
może on umrzeć, a na pewno dłużej pozostaje w chorobie, niż
gdyby uzyskał pomoc bez zwłoki. Prawo do ochrony zdrowia to
również prawo do wyboru miejsca leczenia. Nie ulega wątpliwości,
że różne placówki medyczne udzielają świadczeń różnej jakości
i – niekiedy – wybór miejsca leczenia może wręcz przesądzić
o wyleczeniu lub pozostaniu w chorobie.
Tymczasem w „bezpłatnej” służbie zdrowia kolejki do leczenia
są „immanentną” cechą systemu. Nie jest bowiem możliwe aby
– przy zerowej cenie dla pacjenta i potencjalnie nieograniczonym
zapotrzebowaniu na świadczenia zdrowotne – zrównoważyć ograniczoną
ilość środków finansowych (publicznych) ze stale wzrastającym
popytem. Dlatego we wszystkich systemach opieki zdrowotnej
finansowanej wyłącznie ze środków publicznych, istnieje administracyjna
reglamentacja dostępu do leczenia. Przyjmuje ona formę dobrze
nam znanych „limitów” świadczeń zdrowotnych, jakie poszczególni
świadczeniodawcy mogą wykonać w danym roku osobom uprawnionym
– bezpłatnie. Limity widziane oczami pacjentów to po prostu
kolejki do leczenia i oczekiwanie na odpowiednią pomoc od kilku
tygodni do kilku lat.
Jeśli zatem osoba chora i uprawniona do świadczeń zdrowotnych,
finansowanych ze środków publicznych chce w pełni skorzystać
ze swojego konstytucyjnego prawa do ochrony zdrowia i leczyć
się „bezkolejkowo”, to może to zrobić tylko w jeden sposób:
zrezygnować ze swoich uprawnień do bezpłatności ( do „równego
dostępu) i zapłacić za świadczenia zdrowotne w 100% ze swojej
kieszeni. Nie ma przy tym - taka osoba – żadnej możliwości
aby z „ubezpieczenia zdrowotnego” uzyskać zwrot chociaż części
kosztów. Widać zatem wyraźnie, że system powszechnego ubezpieczenia
zdrowotnego w Polsce został tak zorganizowany, że człowiek
nie może jednocześnie skorzystać w pełni z przysługujących
mu praw konstytucyjnych. Albo skorzysta z prawa równego dostępu
do świadczeń (bezpłatności świadczeń), albo z prawa do ochrony
zdrowia (leczenia „bezkolejkowego). Ostatnio okazało się nawet,
że – w praktyce – konflikt obu praw jest jeszcze głębszy. Otóż
minister zdrowia zakazał szpitalom publicznym leczenia pacjentów
„komercyjnych”, czyli takich, którzy zrezygnowali z uprawnienia
do „bezpłatnej” służby zdrowia byle tylko nie czekać na leczenie
w kolejkach. Pacjenci ci zostali w takim razie pozbawieni prawa
do wyboru miejsca leczenia. Jeśli uwzględni się fakt, że niektóre
świadczenia zdrowotne są wykonywane tylko w publicznych szpitalach,
a wiele ze świadczeń jest tam wykonywana na wyższym poziomie
niż w placówkach prywatnych – zakaz ministra oznacza, że część
obywateli RP została zupełnie pozbawiona swojego konstytucyjnego
prawa do ochrony zdrowia (na rzecz prawa do „równego dostępu”
do świadczeń).
Ten poważny konflikt w realizacji konstytucyjnych praw, odnoszących
się do ochrony zdrowia, można by łatwo rozwiązać. Pamiętając,
że prawo do ochrony zdrowia należy stosować bezpośrednio, jak
je zapisano w konstytucji, natomiast zasady równego dostępu
do świadczeń mają być określone w ustawie zwykłej, należy po
prostu zmienić definicję „równego dostępu” w odniesieniu do
usług zdrowotnych. Najlepsze - w tym przypadku – będzie określenie
„równego dostępu” jako „równa kwota refundacji” przypadająca
każdemu obywatelowi ze środków publicznych – za to samo świadczenie,
z pozostawieniem jemu samemu wyboru, gdzie chce się leczyć
i po jakich rzeczywistych kosztach. Ta zmiana pozwoli na rozwinięcie
się wolnej konkurencji między różnymi podmiotami, z naturalnym
ich zróżnicowaniem, zlikwiduje „kolejki do leczenia”, a jednocześnie
pozwoli osobom „ubezpieczonym” do zachowania swoich uprawnień
do refundacji części kosztów ze środków publicznych. Swoje
miejsce w systemie znajdą również dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne,
które będą ubezpieczać „od dopłat”. Tylko wtedy powstaną warunki
aby móc w pełni korzystać z prawa do ochrony zdrowia, a jednocześnie
do równego dostępu do świadczeń finansowanych ze środków publicznych.
Krzysztof Bukiel – przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego
Związku Zawodowego Lekarzy
Stargard Szczeciński 08 grudnia 2004r.